niedziela, 31 marca 2013

Niezwykłe losy mieszkanek pewnej plebani

Wiele lat temu, jeszcze jako licealistka przeczytałam dwie niesamowite powieści "Wichrowe Wzgórza" oraz "Dziwne losy Jane Eyre" - szczególnie ta druga zapadła mi gdzieś głęboko w serce. Muszę z ogromnym wstydem przyznać, że przez długi czas byłam przekonana, że obydwie książki wyszły spod pióra jednej i tej samej osoby. Dopiero kiedy kilka lat później wzbogaciły one moją domową biblioteczkę dotarło do mnie, że pisarki są dwie, tylko noszą to samo nazwisko. Poszukałam informacji na ich temat  (to były jeszcze czasy sprzed Wikipedii i Google'a) i dowiedziałam się, że Charlotta i Emilia były siostrami, oraz, że jest jeszcze jedna autorka nosząca to samo nazwisko Brontë - ich najmłodsza siostra Anna.
Później jeszcze kilkakrotnie wracałam i do "Jane Eyre" i do "Wichrowych Wzgórz" - w międzyczasie dotarła do mnie wielkość jedynego dzieła Emilii oraz obejrzałam jego ekranizację z niesamowitym Ralphem Fiennesem w roli Heathcliffa. Cały czas byłam jednak ciekawa jaka była rodzina w której wzrastały tak niezwykłe, jak na ich czasy, pisarki. Moja ciekawość została zaspokojona dopiero w ostatnich tygodniach, a to za sprawą biograficznej pracy Anny Przedpełskiej - Trzeciakowskiej pt. "Na plebanii w Haworth. Dzieje rodziny Brontë".

Miałam niejasne wrażenie, że już spotkałam się z nazwiskiem autorki, ale za nic w świecie nie mogłam sobie uprzytomnić w jakich to było okolicznościach. Ale od czego wujek Google - kilka kliknięć i już wiem: pani Anna przetłumaczyła na polski wiele powieści amerykańskich i angielskich, w tym wszystkie książki mojej ukochanej Jane Austen. To jeszcze bardziej wzmogło moją ciekawość - jak, świetna skądinąd, tłumaczka da sobie radę z biografią?

Od razu powiem - poszło jej doskonale. "Na plebanii w Haworth" to praca niezwykle drobiazgowa, oparta na materiale źródłowym, zawierająca masę informacji biografia, którą czyta się jak powieść. Autorka odwiedziła starą, położoną wśród wrzosowisk plebanię, która stała się jednym z najsłynniejszych (po szekspirowskim Stratfordzie) miejsc na literackiej mapie Wielkiej Brytanii, chodziła ścieżkami po których wędrowali jej lokatorzy, mogła zobaczyć pamiątki, listy, wiersze i inne rękopisy, które wyszły spod pióra utalentowanego rodzeństwa.

Przyszłe pisarki dotarły do Haworth kiedy Charlotta miała lat cztery, Emilia - dwa, a najmłodsza Anna zaledwie trzy miesiące. Ich ojciec objął tamtejszą plebanię i miał tam pozostać do końca swojego życia. Również jego dzieci przez większość życia nie opuszczały Haworth i wszyscy, za wyjątkiem Anny, spoczywają na miejscowym cmentarzu.
Dzieciństwo panien Brontë obfitowało w tragiczne wydarzenia - najpierw zmarła ich matka, a niedługo później dwie starsze siostry Maria i Elżbieta. Pozostała czwórka (dziewczynki miały jeszcze brata Branwella) była ze sobą niezwykle silnie związana, a ponieważ życie na plebanii było bardzo jednostajne więc nic dziwnego, że obdarzone niezwykłą wyobraźnią dzieci zaczęły tworzyć własne światy, które stanowiły odskocznie od nudy i codzienności.

Autorka biografii przedstawia życiowe drogi, które prowadzą Charlottę, Emilię i Annę do kanonu światowej literatury a ich niemniej utalentowanego brata do tragicznego końca, ukazuje przy okazji codzienne życie w wiktoriańskiej Anglii, oraz kreśli obraz angielskiego kościoła - religia była wszak niezwykle ważna w życiu córek anglikańskiego pastora.
Na szczególna uwagę zasługuje fakt, że siostry Brontë tworząc swoje dzieła opierały się na własnych przeżyciach i obserwacjach - zdecydowana większość postaci z ich dzieł miała swój realny prototyp. I chyba to jest najważniejszy powód, że powstałe przed ponad 150 laty książki zyskały sobie od razu uznanie i zachwyt czytelników, i że do dnia dzisiejszego ten zachwyt nie słabnie.

Ma ta książka jednak jedną zasadniczą wadę - aż się prosi o nieco większy materiał fotograficzny - te kilka zdjęć to zdecydowanie zbyt mało. Ale tu znowu na pomoc przyszedł nieoceniony wujek Google...

Ta książka to pozycja obowiązkowa dla wszystkich wielbicieli talentu sióstr Brontë. A i dla tych, którzy ich jeszcze nie znają też może być ciekawa - może zachęci do poznania dorobku córek prowincjonalnego pastora?

sobota, 30 marca 2013

O buddyzmie, uczuciach i życiowej drodze

Moje pokolenie kiedy usłyszy określenie "buddyjski klasztor" w większości ma jedno skojarzenie - klasztor Shaolin, mnisi - wojownicy o nadludzkich zdolnościach, chodzący po ścianach, robiący wymyślne ewolucje w powietrzu, nieczuli na ból i rany. To zasługa (lub wina) przemysłu filmowego, który w latach 80-tych promował kino kopane o azjatyckich korzeniach a my łykaliśmy te filmy, jak gęś gotowanego ziemniaka - przyznam, że do dzisiaj lubię sobie do tych filmów wrócić i durną młodość powspominać...

Nic więc dziwnego, że kiedy szukałam (na okoliczność wyzwania Book-trotter) jakiejś książki o chińskim rodowodzie i rzucił mi się w oczy tekst wydawcy, że to o mniszkach buddyjskich będzie szybko podjęłam decyzję - biorę to. Nie chodziło mi oczywiście o historię jak ze wspomnianego już Shaolin, a raczej o opowieść o tym, jak się żyje w takim miejscu i dlaczego ludzie wybierają taki a nie inny sposób na życie. Czy to dostałam? I tak, i nie...
Ale po kolei.

Bohaterką książki Mingmei Yip "Płatki z nieba" jest Meng Ning, trzydziestoletnia Chinka, urodzona w Hongkongu, doktorantka paryskiej Sorbony, piękna i nieco zagubiona dziewczyna. Jeszcze będąc dzieckiem, pod wpływem traumatycznych przeżyć postanawia zostać mniszką, w czym utwierdza ją jej duchowa przewodniczka. Zanim jednak podejmie ostateczną decyzję postanawia wziąć udział w siedmiodniowych medytacjach na terenie jednego z buddyjskich ośrodków w Hongkongu. Wyratowana z pożaru sali medytacyjnej przez amerykańskiego lekarza Michaela Fullera, zakochuje się w swoim wybawcy i staje przed dylematem - co tak naprawdę jest jej życiowym powołaniem? 

Początek książki zapowiadał ciekawą historię, autorka w przystępny sposób wprowadza czytelnika w rzeczywistość buddyjskiego klasztoru, maluje postacie osób tam przebywających, wprowadza elementy chińskiej sztuki i filozofii - a wszystko to podane w prostej formie. Poznajemy historię Meng Ning, wydarzenia które ją ukształtowały i jej przemyślenia na temat tego co przeżyła i co chce zrobić dalej ze swoim życiem. Wyłania się z tej opowieści wrażliwa, nieco zagubiona i niezbyt szczęśliwa kobieta, dla której klasztor będzie tak naprawdę ucieczką przed życiem. I ta część książki jest zdecydowanie najlepsza.

Niestety dalej już tak dobrze nie jest... Meng Ning wyjeżdża do Nowego Jorku i z dnia na dzień się zmienia. W ciągu kilku dni niewinna, niemal święta przyszła mniszka traci gdzieś wszystkie swoje zasady i zahamowania. Wystarczy, że Michael wyjeżdża z miast na dwa dni a ona już lepi się do kogo popadnie (płeć nie jest żadną przeszkodą...), w przerwach walczy z wyrzutami sumienia i kompleksami wobec snobistycznego otoczenia w którym obraca się Michael. Nie będę może spojlerować o tym co było dalej - jak ktoś ciekawy to sobie sam przeczyta.

Liczyłam na książkę, która wniesie w moje czytelnicze życie coś nowego, na obraz świata, którego, z racji chociażby odległości, zupełnie nie znam. Początek spełniał taką role, niestety zbyt szybko zmienił się w tanie i banalne romansidło.

Szkoda, bo potencjał był. Ale się zbył...



piątek, 29 marca 2013

Wesołego Alleluja:)

Za oknem śnieżne zaspy, w telewizyjnym programie moje dziecko wypatrzyło "Kevina w Nowym Jorku" i  już sama nie wiem, które święta się zbliżają...



Kochani:)

Życzę Wam zdrowych, spokojnych, radosnych i pogodnych Świąt Wielkiej Nocy. Niech każdy spędzi ten czas tak jak najbardziej lubi - spotykając się z najbliższymi, pałaszując świąteczne przysmaki, zalegając przed telewizorem lub na kanapie z ciekawą książką.
Niech te kolorowe święta będą chwilą oddechu i odpoczynku od szarej codzienności, niech przyniosą same pozytywne emocje i dadzą nadzieję na nadchodzące wiosenne (oby...) dni.


czwartek, 28 marca 2013

Nowy, wspaniały (czy aby na pewno?) świat

W 1932 roku brytyjski pisarz Aldous Huxley wydał swoją najbardziej znaną powieść "Nowy wspaniały świat". Książka szybko stała się światowym bestsellerem (w Polsce wydana po raz pierwszy w 1933 roku) i do dnia dzisiejszego jest jedną z najpopularniejszych powieści fantastyczno - naukowych.

Akcja powieści toczy się w 2540 roku, lub, jeśli przyjąć datowanie używane w książce w 650 AF. Ludzkość żyje w powszechnej szczęśliwości, której wyznacznikami są wspólność, identyczność i stabilność. Wyeliminowane zostały starość, choroby, ból, cierpienie, brud i bieda. Zniknęły również sztuka, religia, uczucia oraz więzy rodzinne. Ludzie "produkowani" są w Ośrodkach Rozwoju i Warunkowania - sztuczne zapłodnienie, klonowanie na poziomie embrionalnym, inżynieria genetyczna to tylko niektóre formy ingerencji w organizmy ludzkie w okresie płodowym. Kiedy już dziecko się urodzi, a właściwie "wybutluje", bowiem płody rozwijają się w specjalnych naczyniach, poddawane jest warunkowaniu poprzez hipnozę, kształtowanie odruchów oraz brak jakiejkolwiek intymności - "każdy jest własnością każdego" - to hasło najlepiej oddaje model więzi społecznej tworzonej w tym świecie przyszłości.

Nie wszędzie jednak dociera cywilizacja - na obrzeżach tego nowoczesnego świata istnieją rezerwaty Dzikich, którzy żyją tak jak społeczeństwa sprzed wieków. Kontakt z tymi rezerwatami jest jednak bardzo utrudniony, aby sie tam dostać trzeba otrzymać specjalne pozwolenie. Co się jednak stanie, jeśli ktoś z "nowego świata" będzie zmuszony żyć w rezerwacie? A jak sobie poradzi mieszkaniec rezerwatu w "nowym wspaniałym świecie"?

"Nowy wspaniały świat" to antyutopia, to wizja świata przyszłości, który opiera się na ograniczaniu prawa jednostki do wolności, do własnych przekonań i do indywidualizmu. Każde, nawet najmniejsze odstępstwo od normy jest tępione w zarodku, a osobniki, które nie potrafią, bądź nie chcą poddać się normatywom są zsyłane "na wyspy", gdzie mogą egzystować nie zakłócając powszechnego porządku.

Do tej pory wydawało mi się, że najlepszą antyutopią jest "Rok 1984" Orwella - opowieść niezwykle mroczna, zahaczająca wręcz o horror. Teraz uważam, że o wiele bardziej przerażająca jest wizja Huxley'a z jej powszechną radością, młodością, pięknem i szczęściem. Bo nawet jeśli ktoś nie jest szczęśliwy znajdzie się na to rada - soma, cudowna substancja, której pół grama wystarczy aby zniknęły wszystkie problemy. Społeczeństwo jest w takim stopniu zniewolone, że zupełnie nie dostrzega swojego niewolnictwa. Dla osoby z zewnątrz jest to szaleństwo w czystej postaci - co więcej taki ktoś nie ma przed sobą praktycznie żadnej alternatywy - albo akceptacja "szaleństwa zbiorowego", albo jego negacja i odrzucenie prowadzące do "szaleństwa samotności". A wszystko to w sterylnych warunkach, przy dźwiękach syntetycznej muzyki, w woni świeżych kwiatów i w towarzystwie szczęśliwych i entuzjastycznie nastawionych do świata współobywateli.

Jeszcze bardziej przerażające jest to, że wizje Huxleya, przynajmniej niektóre, zaczynają się spełniać na naszych oczach...  

wtorek, 26 marca 2013

Poważna lektura i coś na ożywienie codziennej szarzyzny;)

Kończy się powoli okres Wielkiego Postu, za nami już Niedziela Palmowa i tylko kilka dni dzieli nas od Wielkanocy. To jedno z najradośniejszych świąt, afirmujące życie, radość i nadzieję nierozerwalnie wiąże się jakby dla równowagi, z problemem bólu, cierpienia i śmierci. I nieważne jaki mamy światopogląd czy jaką religię wyznajemy - wszyscy mamy te elementy wpisane w życiorys.

Szymon Hołownia to dziennikarz telewizyjny i autor kilku książek z zakresu szeroko pojętej teologii. Po raz pierwszy spotkałam się z jego twórczością przy okazji książki "Bóg, kasa i rock'n'roll" będącej zapisem rozmowy jaką prowadził ze swoim przyjacielem, również dziennikarzem, Marcinem Prokopem. Z tej książki wyłonił mi się obraz człowieka głęboko wierzącego, potrafiącego bronić własnych przekonań ale z drugiej strony tolerancyjnego i szanującego odmienne poglądy swojego rozmówcy.
W tych dniach po raz kolejny sięgnęłam po książkę pana Szymona: tym razem byli to "Ludzie na walizkach. Nowe historie", zapis kilkunastu rozmów przeprowadzonych przez autora w programie emitowanym przez stację Religia.tv.

Interlokutorzy Szymona Hołowni to zarówno postacie znane z mediów (Janina Ochojska, ks. Adam Boniecki, Bogusław Kaczyński) jak i  zwykli ludzie, którzy zmagają się ze swoimi problemami w zaciszu własnego domu. Są wśród nich duchowni jak również osoby, które nie są specjalnie religijne, są intelektualiści i kobiety spełniające się w prowadzeniu domu i wychowaniu dzieci - tak naprawdę łączy ich jedno - cierpienie, które stało się ich udziałem.
To ludzie w różnym stopniu dotknięci przez los - opanowani przez nieuleczalną chorobę, przeżywający śmierć współmałżonka lub dziecka, opiekujący się chorymi w hospicjum. Mówią o swoich bolesnych przeżyciach, próbują się jakoś do nich odnieść i, co szczególnie ważne, starają się normalnie żyć. 

Czytając te wywiady zadawałam sobie pytanie - jak ja postąpiłabym na miejscu bohaterów, czy jest jakiś wzorzec postępowania w takich sytuacjach, czy można się jakoś przygotować na takie wydarzenia? Większość rozmówców podkreślała rolę religii, wiary, która pomogła im przejść przez cierpienie i ukoiła emocje - niestety, chyba moja wiara jest zbyt mała, bo nijak nie potrafię sobie wytłumaczyć sensowności śmiertelnej choroby małego dziecka czy tragicznej śmierci młodego, dopiero wchodzącego w życie, ratownika GOPR-u.

Książka Szymona Hołowni, pomimo, że wypełniona treściami religijnymi, to wartościowa lektura nie tylko dla katolików. Choroba i śmierć nie wybiera, nie zwraca uwagi na nasze zapatrywania, a z rozmów opublikowanych w tym tomie przebija nadzieja, akceptacja tego co nieuchronne - i sądzę, że możemy się wiele z tych tekstów nauczyć.

**********************************************

Pisałam o tym przy okazji ubiegłorocznych świąt, że moja rodzinna wieś sąsiaduje z Wielkanocą, jedyną taką miejscowością w Polsce. Fakt ten stanowi ważny element promocji naszej gminy i tak w Niedzielę Palmową odbyła się impreza pod hasłem "Gmina Gołcza w legendach" połączona z konkursem palm wielkanocnych oraz degustacją miejscowych specjałów kulinarnych - dosyć obszerną relację można zobaczyć TUTAJ

Moja klasa IIB wzięła udział w palmianym konkursie z całkiem niezłym skutkiem - zajęli III miejsce. Nagrodą był komplet do gry w rzutki - jakimś cudem po dwóch dniach intensywnego użytkowania nie zanotowano żadnych strat własnych;)
A poniżej kilka fotek dokumentujących proces twórczy:

Własnoręcznie wykonane elementy


Najważniejsze to dobrze zacząć...


Palma nabiera kształtu


Twórcy i ich dzieło:)

poniedziałek, 25 marca 2013

Podwójna dawka Virginii Wolff

Dwa miesiące temu pisałam TU o "Godzinach", książce Michaela Cunninghama inspirowanej życiem i twórczością Virginii Wolff. Dzięki uprzejmości Agnes miałam możliwość obejrzeć film nakręcony według tej książki.


Nicole Kidman jako Virginia Wolff
Do film podchodziłam z dużymi oczekiwaniami i nie zawiodłam się. 
Że Meryl Streep wielką aktorką jest wiedziałam już dawno - to jedna z najwybitniejszych artystek naszych czasów. 
Julianne Moore jakoś nigdy mnie nie przekonywała i tym razem też jej kreacja do mnie nie przemówiła - jakaś taka sztuczna, nieprawdziwa ta jej Laura. Ogólnie te fragmenty dotyczące wątku Laury niespecjalnie mi się podobały. 
Oczarowała mnie natomiast zupełnie Nicole Kidman jako Virginia. Od charakteryzacji rozpoczynając - w życiu bym nie powiedziała, że to ona jest... Patrząc na nią widziałam nie aktorkę grającą jakąś postać a prawdziwą osobę, ogarniętą nieuleczalną chorobą, nie potrafiącą sobie radzić w realnym świecie, a równocześnie mającą świadomość swoich problemów i przerażoną tym co się z nią dzieje. 
Podobała mi się też bardzo ścieżka dźwiękowa, która współgrała z obrazem i jeszcze potęgowała emocje. 
Film nie najłatwiejszy w odbiorze (podobnie jak książka) ale z pewnością do niego wrócę. 

***********************************************

"Godziny" ściśle związane są z najbardziej chyba znaną powieścią Virginii Wolff, mianowicie z "Panią Dalloway". W dniu, który przedstawiony jest w "Godzinach" Virginia zaczyna pisać tę akurat książkę, dla Laury jej lektura stanowi impuls do podjęcia ważnych życiowych decyzji, a losy Clarissy to współczesna wersja dziejów jej powieściowej imienniczki. Dostęp do owej osławionej "Pani Dalloway" jest dosyć utrudniony, jednak dzięki pewnej dobrej duszy udało mi się tę książkę przeczytać.

Akcja powieści zamyka się w jednym czerwcowym dniu w 1923 roku. To jeden z wielu zwyczajnych dni, kiedy nic specjalnego się nie dzieje - ulicami przelewają się tłumy ludzi, w parku niańki pilnują swoich bawiących się podopiecznych, politycy dyskutują nad nowymi przepisami prawnymi a znajomi podczas lunchu omawiają najnowsze nowinki.
Klarysa Dalloway wydaje wieczorem w swoim domu przyjęcie, jej mąż Ryszard został zaproszony na lunch do lady Bruton, z Indii przyjeżdża Piotr Walsh, przyjaciel Klarysy z lat młodości, Recja i Septimus Warren Smith spacerują w parku, panna Kilman odwiedza Elżbietę, córkę pani Dalloway - to tylko kilka osób, które los lub przypadek zetknął ze sobą w ten ciepły londyński dzień.
Ale ta zwyczajność to tylko cienka wierzchnia warstwa pod którą kłębią się uczucia i emocje, mogące w każdej chwili wybuchnąć i zniszczyć ustabilizowany, wydawałoby się, świat. Wizyta Piotra wyzwala w Klarysie falę wspomnień z ich wspólnej przeszłości, daje impuls do pewnego podsumowania dotychczasowego życia. Dla Piotra spotkanie z dawną ukochaną również stanowi punkt wyjścia do analizy własnych wyborów i uzmysławia mu, że jego życie dalekie jest od ideału. Septimus Warren Smith zapada coraz głębiej w swoje psychotyczne wizje, jego żona Lukrecja pomimo starań nie jest mu w stanie pomóc, a wizyta antypatycznego lekarza wyzwala walczące w młodym mężczyźnie demony. .Chociaż świat Klarysy i świat Septimusa to dwie diametralnie różne sprawy to jednak mają ze sobą styczność i nawzajem na siebie oddziaływają - można je porównać do bilardowych kul, które potrącają się nawzajem, pozostają w chwilowej styczności a następnie każda biegnie swoim torem.

Atmosferę powieści buduje sposób w jaki Virginia Wolff prowadzi swoich bohaterów. Autorka zastosowała tu technikę zwaną strumieniem świadomości - opis przeżyć, myśli, wspomnień, skojarzeń bohaterów powieści przeplatają się nawzajem dając z jednej strony całościowy obraz postaci, ale z drugiej strony podkreślają swego rodzaju chaos jaki wprowadzają w ich życie pozornie błahe wypowiedzi, gesty czy skojarzenia.
Większość czytelników, którzy przebrnęli przez tę książkę (a nie jest to najłatwiejsza lektura) zachwyca się światem wykreowanym przez angielską pisarkę. U mnie wywołała ona może nie zachwyt, ale uważam, że jest to jedna z lepszych książek jakie zdarzyło mi się czytać.

czwartek, 21 marca 2013

Przeczytane <-> obejrzane: My, dzieci z Dworca ZOO.

Nie raz i nie dwa razy zdarzyło mi się trafić na gorące dyskusje - co lepsze: Książka czy jej filmowa wersja? Jest też całkiem sporo książek, których nie czytałam a znam tylko ekranizację i staram się  dotrzeć do ich pierwowzorów literackich. Ale jest i tak, że czytałam książkę i chcę sobie skonfrontować swoje wyobrażenie o danej pozycji z wizją speców od srebrnego ekranu. 
I tak przyszedł mi do głowy pomysł na cykl "Przeczytane <-> obejrzane" czyli moje subiektywne porównanie świata książki i filmu. Daruję sobie może tę najbardziej oczywistą oczywistość, czyli ekranizację lektur szkolnych, a skupię się na tych filmach i książkach, które mnie osobiście w jakiś sposób zachwyciły, poruszyły czy... zniesmaczyły.

Na pierwszy ogień pójdzie historia Christiane F. "My, dzieci z Dworca ZOO" sfilmowana w 1981 roku przez niemieckiego reżysera Uli Edela. 
Autobiograficzną opowieść nastoletniej narkomanki przeczytałam jakieś 10 lat temu. Nie powiem, wstrząsnęła mną ta lektura bardzo, do dzisiaj pamiętam co bardziej drastyczne momenty.
Pochodząca z rozbitej rodziny 12 letnia Christiane wchodzi w krąg osób uzależnionych od narkotyków. Zaczyna okazyjnie palić haszysz, później sięga po mocniejsze używki, takie jak LSD, valium a wreszcie zaczyna brać heroinę. Na efekty nie trzeba było długo czekać - szybko przychodzi uzależnienie, najważniejszym celem staje się zdobycie pieniędzy na kolejną dawkę narkotyku. 14-letnia Christiane zostaje prostytutką - na klientów czeka w okolicach tytułowego dworca.

Książka jest zapisem rozmów, jakie z Christiane oraz innymi narkomanami prowadzili dwaj dziennikarze - Kai Herrmann i Horst Rieck. Planowany na 2 godziny wywiad rozrósł się do 2 miesięcy, a zamiast artykułu powstała książka mówiąca o problemie nasilającej się na początku lat 70-tych narkomanii wśród dzieci i młodzieży.
Historia opowiadana jest w narracji pierwszoosobowej i ma to ogromny wpływ na odbiór książki. Christiane opowiada o swoich przyjaciołach, których już nie ma wśród żywych, którzy odeszli z przedawkowania lub odebrali sobie życie, opowiada o próbach zerwania z nałogiem i powrotach do starych przyzwyczajeń, o uczuciu do Detlefa, o powolnym staczaniu się, utracie godności i szacunku do samej siebie. Co znamienne, Christiane opowiada o sobie i o swoim życiu w sposób beznamiętny, niemal wyprany z emocji, tak jakby relacjonowała jakieś nieistotne wydarzenia a nie swoją tragiczną historię. I paradoksalnie, takie podejście do tematu wzbudza w czytelniku ogromne emocje - złość, żal, ale i współczucie. To jedna z tych książek obok których nie można przejść obojętnie.

Chociaż film powstał niemal w tym samym czasie co książka i w Polsce można go było obejrzeć też już dosyć dawno, to ja zapoznałam się z nim dopiero w ubiegłym tygodniu - i to tylko dlatego, że miała go oglądać moja klasa, a ja, znając książkę, wolałam wiedzieć jak wygląda jej filmowa wersja.
Uważam, że film jest dobrze zrobiony (chociaż zdecydowanie mniej drastyczny niż książka) - ponad dwie godziny projekcji mija nie wiadomo kiedy. Nastrój dodatkowo potęguje muzyka, której autorem był David Bowie, ulubiony artysta Christiane.
Na uznanie zasługuje również grająca główną rolę piętnastoletnia Natja Brunckhorst, która w bardzo sugestywny sposób przedstawiła zmiany jakie zachodziły w jej bohaterce - od niewinnej, wrażliwej dziewczynki do zdesperowanej narkomanki, gotowej na wszystko aby tylko zdobyć kilkanaście marek na kolejną działkę.

Tak jak wspomniałam film po raz pierwszy obejrzałam w ubiegłym tygodniu, a dwa dni temu oglądałam go po raz drugi, tym razem z moimi uczniami. Początkowo miałam pewne obawy jak przyjmą tę historię, ale w większości wykazali się ogromną dojrzałością. Pomimo, że są bardzo rozgadani i często trudno ich opanować, przez większość filmu siedzieli w absolutnej ciszy. Na najbliższej lekcji wychowawczej planuję z nimi omówić ten film, ale po kilku uwagach jakie usłyszałam po wyjściu z sali filmowej wnioskuję, że seans spełnił swoje zadanie.

Nie jestem prorokiem i nie potrafię przewidzieć czy kiedyś, w przyszłości, nie dadzą się omamić złudnej wolności i szczęściu jaki mają ponoć dawać narkotyki - mam nadzieję, że nie. W każdym razie ja ze swojej strony staram się robić jak najwięcej, żeby ich uchronić przed losem Christiane, Detlefa, Axela, Babsi i innych...

niedziela, 17 marca 2013

Magic Molly - niestety po raz ostatni...

Wszystko co dobre niestety się kiedyś kończy - za nami lektura ostatniego tomu przygód małej Molly, która potrafi rozmawiać ze zwierzętami.

Molly razem z siostrzyczką Kitty i najlepszą przyjaciółką Alice wybierają się na piknik do pobliskiego dworu, gdzie ma się odbyć świąteczna zabawa dla dzieci. Zbliża się Wielkanoc i właściciele Marwell Hall zorganizowali wielkie poszukiwania czekoladowych jajek, warsztaty plastyczne oraz wiele innych atrakcji dla dzieciaków z okolicy.
Dziewczynki mają nadzieję na dobrą zabawę i oczywiście marzą o zdobyciu głównej nagrody - niespodzianki. Niestety na samym początku poszukiwań zostają rozdzielone i Molly sama wędruje brzegiem sadzawki. Jej uwagę przyciąga bardzo dziwnie zachowująca sie kaczka - szybko się okazuje, że  nie jest zwyczajnym ptakiem. Lucy jest bowiem kaczką przynoszącą szczęście. W tej jednak chwili ma ogromny problem - zaginęło jej jajko. Molly postanawia pomóc zdenerwowanej kaczce - jajko nie wygląda zwyczajnie, jest piękne i kolorowe, więc istnieje ryzyko, że któreś z szukających dzieci może je zniszczyć myśląc, że to łakocie.

Kolejne magiczne zwierzątko i kolejna porcja kłopotów. Po raz kolejny Molly musi wykazać się odwagą i inteligencją, by pomóc kaczce i uratować jej jajko. Wdzięczna Lucy obdarowuje dziewczynkę szczęściem, które dopomoże Molly w próbie zdobycia głównej nagrody. Dziewczynka może też liczyć na siostrę i przyjaciółkę - wspólne działanie doprowadzi je do wymarzonego celu. Niestety nie wszystkie dzieci są dobre i miłe - Molly spotyka dwie dziewczynki, które za wszelką cenę chcą wygrać zawody, nawet krzywdząc innych uczestników zabawy.

Po raz kolejny powtórzę to co już pisałam przy okazji poprzednich tomów - książki Holly Webb to doskonała lektura dla dzieci - jest sympatyczna bohaterka, jest trochę magii, jest też przesłanie, ale bez nachalnego dydaktyzmu. Molly jest zwyczajną dziewczynką, zdarza jej się postąpić nie do końca zgodnie z zasadami jakie panują w jej domu, jednak dzieje sie tak tylko wtedy, kiedy ktoś potrzebuje pomocy. Molly kocha zwierzęta, dba o nie i świetnie się z nimi rozumie - to świetny przykład postępowania dla kilkulatka.

Nieustająco polecam tę serię, a także inne książki Holly Webb - jestem pewna, że wasze dzieciaki pokochają te opowieści tak samo jak mój Piotrek.

sobota, 16 marca 2013

Sklepikowo-urodzinowe refleksje o miłości, pragnieniach i marzeniach...

Między Kołobrzegiem a Koszalinem przycupnęła sobie nad polskim morzem Pogodna - niewielkie miasteczko, spokojne zadbane, z daleka od przemysłu, otoczone lasami i łąkami, kawałek raju na ziemi. Tak w każdym razie oceniła je Bogusia Leszczyńska, która zauroczona miejscem i ludźmi postanowiła związać swoje życie z Pogodną. Otwiera tam niewielki "Sklepik z niespodzianką", w którym można kupić piękne bibeloty, wypić filiżankę kawy czy herbaty i spróbować przepysznych wypieków. Bogusia szybko znajduje w miasteczku kilka przyjaciółek - Stasię, Adelę oraz Lidkę, a także spotyka wielką miłość w osobie Wiktora Potockiego. Niestety szczęście ma to do siebie, że jest ulotne...

Po raz trzeci wybrałam się za sprawą Katarzyny Michalak do Pogodnej na spotkanie z Bogusią i jej przyjaciółmi. Tym razem wiodącą postacią jest Lidka - ogólnie lubiana i szanowana pani weterynarz, uwikłana w nieszczęśliwe małżeństwo, bezskutecznie starająca się o dziecko kobieta, osoba, na którą zawsze można było liczyć. 
Jak się jednak okazało, Lidka kryje w sobie mroczną historię własnego nieszczęśliwego dzieciństwa, odrzucenia przez rodziców, które przełożyło się później na jej całe dorosłe życie. Jej największym pragnieniem  jest dziecko - aby to marzenie się spełniło jest gotowa na każde poświęcenie. Nikt jednak nie zauważa, że marzenie zmienia się w obsesję i aby je spełnić Lidka popełnia przestępstwo. Przyjaciółki starają się jej pomóc, jednak to nie jest taka łatwa sprawa... Tym bardziej, że i Bogusia, i Adela zaczynają mieć również kłopoty - do tego stopnia, że ich przyjaźń stanie się mocno zagrożona...

Książkę, jak to zwykle przy tej autorce bywa, przeczytałam niemal jednym tchem, a teraz biedna suszy się na kaloryferze, bo została łzami obficie potraktowana. Lidka to postać budząca niezwykle silne emocje, jak dla mnie najbardziej wyrazista ze wszystkich kobiet związanych ze sklepikiem. I chyba mi najbliższa, bo część jej kłopotów przetestowałam na własnej skórze...

Lektura "Sklepiku" to był taki mój prywatny prezent urodzinowy, bo dzisiaj mija... no... ileś tam lat od dnia, kiedy wczesnym, niedzielnym, zaśnieżonym rankiem pojawiłam się na tym najpiękniejszym ze światów. 
Nie wiem czy to reguła, czy tylko ja tak mam, ale przez wiele lat dzień urodzin stanowił najlepszy moment na snucie planów na przyszłość. Od jakiegoś jednak czasu jest to chwila w której robię pewne podsumowania, porządkuję swoje plany i pragnienia w takich trzech wirtualnych tabelkach - "udało się zrealizować", "jeszcze jest szansa, że się uda", "niestety, tego już nie dam rady zrobić". Uczciwie trzeba przyznać, że czasami ten coroczny bilans był przygnębiający - życie jednakowoż potrafi dać nieźle w kość. Pomimo mojego wrodzonego optymizmu miałam "dosyć i prawie", bo dochodziłam do wniosku, że nic mi się nie udaje, wszystko jest pozbawione jakiegokolwiek sensu i nawet marzyć się nie chce...

Tymczasem dzisiejsza lektura, no może nie zmieniła mojego życia o 180 stopni, ale dała takiego delikatnego kopa - "Weź się babo w garść i przestań szukać dziury w całym! Masz dom, udaną (choć czasem wkurzającą) rodzinę, pracę, którą lubisz, jesteś zdrowa, nawet twój pies cię lubi - doceń to, bo wielu ludzi nie ma nawet 1/100 tego co ty..."

Masz rację autorko "Sklepiku z niespodzianką" - często nie doceniamy tego co mamy, i uważamy, że szczęście to jest coś co należy nam się jak psu buda. Tymczasem o szczęście trzeba dbać, czasem trzeba o nie walczyć i nigdy, nigdy nie wolno tracić nadziei ani rezygnować z marzeń. 

I to jest moje urodzinowe postanowienie - cieszyć się z tego co mam i nie zapominać o marzeniach bo one nadają życiu sens.

czwartek, 14 marca 2013

CBA i trup w ogródku;)



Kilka dni temu zostałam wyróżniona przez ejotka z bloga Ejotkowe postrzeganie świata tytułem "Creative Blog Award" - dziękuję serdecznie za uznanie:)

Jak to bywa, z tytułem wiążą sie pewne obowiązki:
  1. Wyróżnij 5 blogów (nie można wyróżnić osoby od której dostało się wyróżnienie).
  2. Poinformuj osoby wyróżnione o wyróżnieniu.
  3. Umieść wyróżnienie na pasku bocznym.
  4. Podziękuj za wyróżnienie.
  5. Napisz o sobie w trzech słowach.
Wyróżnić chciałabym blogi, które obserwuję niemal od samego początku ich istnienia, śledzę ich rozwój i bardzo mi się podoba to co robią ich autorzy:



Trzy słowa na mój temat:

  • bałaganiara
  • gaduła
  • optymistka
********************************************

A teraz jeszcze kilka słów na temat powieści, którą połknęłam ubiegłej nocy - nie mogłam spać, bo miałam stresa jak Mont Everest - dzisiaj mieliśmy w szkole wizytę niecodziennego gościa, biskupa kieleckiego (to nasza diecezja) i bałam się, że coś się wywali w ostatniej chwili... Na szczęście zaliczyliśmy tylko dwudziestominutowe spóźnienie Jego Eminencji, dwie próby omdlenia młodych chórzystów i stado wijących się znudzonych i głodnych przedszkolaków - na szczęście żadna z tych rzeczy nie była zależna ode mnie...

Ale wracając do adremu;)

Przeczytało mi się całkiem fajnie kolejną powieść Olgi Rudnickiej. Książka ma zagadkowy tytuł "Czy ten rudy kot to pies?", a opowiada o dalszych losach dwóch przyjaciółek - Beaty i Urszuli, które miałam okazję poznać przy lekturze "Martwego jeziora". Beata po wielu rodzinnych perturbacjach planuje wspólne życie z Jackiem, bratem Uli. Tymczasem Urszula wikła się w romans z własnym szefem, który jakoś tak w miłosnym uniesieniu zapomniał ją poinformować o tym, że jest już żonaty...
Sprawa wychodzi na jaw, żona szefa robi potężną awanturę a Ulka zostaje zwolniona z pracy. Jako, że zawsze działa pod wpływem impulsu postanawia wyjechać na jakiś czas z Poznania i przeczekać najgorszą burzę.
Jak już wyjeżdżać to daleko - Ulka wybrała się więc do Irlandii. Jakież było jej zaskoczenie, kiedy okazało się, że wylądowała... w Wielkowie pod Wrocławiem. Pierwszym napotkanym tubylcem jest nadgorliwy policjant i dziewczyna trafia na miejscowy posterunek jako poszukiwana listem gończym oszustka matrymonialna. Kiedy już wyjaśniło się, że jednak to nie ona, Urszula decyduje się skorzystać z okazji i zostać w Wielkowie na kilka tygodni. Wprowadza się do domu braci Juszczaków i od razu trafia na kryminalną zagadkę sprzed lat. Miejscowi uważają bowiem, że w zapuszczonym przydomowym ogródku zakopane są zwłoki żony starszego z braci oraz ich ciotki...
Ula postanawia odkryć prawdę...

Kolejny zabawny kryminał, który wyszedł spod ręki młodej i już sławnej autorki. Ulka to osoba niezwykle spontaniczna, taka, która samym tylko pojawieniem się generuje kłopoty. Ma jednak zasady - jest lojalna, prawdomówna (choć bez przesady), wrażliwa na krzywdę innych, chętnie pomaga przyjaciołom. Jej pojawienie się w domu Juszczaków wprowadza zamęt w uporządkowane życie Sławka i Mariusza, i chociaż początkowo pomiędzy gospodarzami i lokatorką latają błyskawice, to jednak dosyć szybko nawiązuje się nić sympatii. 
W książce mamy również wyjaśnienie tajemnicy dotyczącej rodziców Beaty - może trochę naciągana jest ta historia, ale z drugiej strony życie nie takie scenariusze pisze...

Książka napisana jest dowcipnie, akcja biegnie szybko i nawet nie wiadomo kiedy czyta się ostatnie zdanie - mnie zajęła kilka nocnych godzin, aczkolwiek musiałam wynieść się z sypialni do kuchni, bo mąż mój Robert oprotestował się, że musi wstać rano do pracy, a ja się chichram i spać nie daję...

niedziela, 10 marca 2013

Wyszukiwarka i "100 książek BBC"

Obrazek nawiązujący do piątkowego święta -  powiesiłyśmy go sobie w naszej szkolnej bibliotece:

Nic dodać, nic ująć...

**************************************

 Dawno nie było haseł z wyszukiwarki, bo i nie było nic specjalnego, ale ostatnio coś jakby drgnęło.

Na początek parę cytatów, które od biedy wiążą się z tym o czym zdarzyło mi się tutaj pisać:
  • huck finn mój kolega - mój niestety nie;(
  • jak wyglondał plac broni obrazek - no niestety ja mam "Chłopców z Placu Broni" bez ilustracji
  • czy warto przeczytać 12 prac herkulesa - wg mnie warto.
  • stara baśń litery - ??? 

W dalszym ciągu nie ogarniam jak można do mnie trafić szukając:
  • dalszy ciąg przygody mobika - a kto zacz ten mobik?
  • dlaczego sugden zabił ojca? - sorry, też tego nie rozumiem:(
  • co ja czytam i dlaczego lubię po angielsku -  pyt. nr 1 - może na okładce jest tytuł?  Pyt. 2 - nie mam pojęcia dlaczego...
  • co ukrywają amerykanie - a skąd niby mam wiedzieć?
  • ciżemki z obscenicznymi obrazkami - no wiele się na tych ciżemkach nie zmieściło tej grafiki...
  • książka z hitlerem na okładce biedronka - w najbliższej mi miechowskiej "Biedronce" nic takiego nie było.
  • bukiety z kwiatków nietypowe na zakończenie żłobka - niby co, w kształcie pampersa mają być?
  • jestem głupi cytaty - bez komentarza...

A to cytaty związane z zawodem wykonywanym:
  • czy za przekleństwo do nauczyciela można zostać ukaranym - no nagrody to bym się raczej nie spodziewała...
  • monia trukawka nałuczycielka z gimnazjum - to nie w moim gimnazjum
  • musze napisać kryminał na polski - to pisz, a nie pętaj się po sieci.
  • kszyrzuwka z flimu fabryka czekolady - ciekawe czy udało się znaleźć z taką głęboką znajomością polskiej ortografii;)
  • boży grób w ziemi św. jak wyglądał 20000 lat temu - nijak, powstał spoooro później...
  • gimnazjalista zadurzony w nauczycielce - ech, mnie to już chyba z racji wieku nie grozi:(


***************************************

W tym miesiącu jedną z książek, którą trzeba przeczytać aby zaliczyć wyzwanie "Trójka e-pik" jest pozycja wybrana z listy "100 książek BBC". Lista jest poniżej, na zielono zaznaczyłam to co już przeczytałam, pogrubione są te tytuły, które na 100% są w mojej domowej biblioteczce, ew. w bibliotece szkolnej. Tak patrzę na tę listę i patrzę i wychodzi mi, że to co najfajniejsze to już przeczytałam... 
Cóż, chyba za Huxley'a się wezmę, to mi jeszcze do fenrirowego wyzwania spasi;)

1. Duma i uprzedzenie – Jane Austen 
2. Władca Pierścieni – JRR Tolkien
3. Jane Eyre – Charlotte Bronte 
4. Seria o Harrym Potterze – JK Rowling  
5. Zabić drozda – Harper Lee 
6. Biblia 
7. Wichrowe Wzgórza – Emily Bronte 
8. Rok 1984 – George Orwell 

9. Mroczne materie (seria) – Philip Pullman 
10. Wielkie nadzieje – Charles Dickens
11. Małe kobietki – Louisa M Alcott

12. Tessa D’Urberville – Thomas Hardy
13. Paragraf 22 – Joseph Heller
14. Dzieła zebrane Szekspira
15. Rebeka – Daphne Du Maurier
16. Hobbit – JRR Tolkien

17. Birdsong – Sebastian Faulks
18. Buszujący w zbożu – JD Salinger
19. Żona podróżnika w czasie – Audrey Niffenegger
20. Miasteczko Middlemarch – George Eliot
21. Przeminęło z wiatrem – Margaret Mitchell
22. Wielki Gatsby –  Scott Fitzgerald
23. Samotnia (w innym tłumaczeniu: Pustkowie) – Charles Dickens
24. Wojna i pokój – Lew Tołstoj
25. Autostopem przez Galaktykę – Douglas Adams
26. Znowu w Brideshead – Evelyn Waugh
27. Zbrodnia i kara – Fiodor Dostojewski
28. Grona gniewu – John Steinbeck 
29. Alicja w Krainie Czarów – Lewis Carroll
30. O czym szumią wierzby – Kenneth Grahame
31. Anna Karenina – Lew Tołstoj
32. David Copperfield – Charles Dickens

33. Opowieści z Narnii (cały cykl) – CS Lewis
34. Emma- Jane Austen
35. Perswazje – Jane Austen 
36. Lew, Czarownica i Stara Szafa – CS Lewis

37. Chłopiec z latawcem – Khaled Hosseini
38. Kapitan Corelli (w innym tłumaczeniu: Mandolina kapitana Corellego) – Louis De Bernieres
39. Wyznania Gejszy – Arthur Golden 
40. Kubuś Puchatek – AA Milne
41. Folwark zwierzęcy – George Orwell
42. Kod Da Vinci – Dan Brown
43. Sto lat samotności – Gabriel Garcia Marquez

44. Modlitwa za Owena – John Irving
45. Kobieta w bieli – Wilkie Collins
46. Ania z Zielonego Wzgórza – LM Montgomery
47. Z dala od zgiełku – Thomas Hardy
48. Opowieść podręcznej – Margaret Atwood
49. Władca much – William Golding
50. Pokuta – Ian McEwan

51. Życie Pi – Yann Martel
52. Diuna – Frank Herbert
53. Cold Comfort Farm – Stella Gibbons 
54. Rozważna i romantyczna – Jane Austen
55. Pretendent do ręki – Vikram Seth
56. Cień wiatru – Carlos Ruiz Zafon
57. Opowieść o dwóch miastach – Charles Dickens
58. Nowy wspaniały świat – Aldous Huxley
59. Dziwny przypadek psa nocną porą (również: Dziwny przypadek z psem nocną porą) – Mark Haddon
60. Miłość w czasach zarazy – Gabriel Garcia Marquez
61. Myszy i ludzie (również: O myszach i ludziach) – John Steinbeck
62. Lolita – Vladimir Nabokov
63. Tajemna historia – Donna Tartt
64. Nostalgia anioła – Alice Sebold
65. Hrabia Monte Christo – Alexandre Dumas

66. W drodze – Jack Kerouac
67. Juda nieznany – Thomas Hardy 
68. Dziennik Bridget Jones – Helen Fielding
69. Dzieci północy – Salman Rushdie
70. Moby Dick – Herman Melville
71. Oliver Twist – Charles Dickens
72. Dracula – Bram Stoker
73. Tajemniczy ogród – Frances Hodgson Burnett
74. Zapiski z małej wyspy – Bill Bryson
75. Ulisses – James Joyce
76. Szklany klosz – Sylvia Plath
77. Jaskółki i Amazonki – Arthur Ransome
78. Germinal – Emile Zola
79. Targowisko próżności – William Makepeace Thackeray
80. Opętanie – AS Byatt 
81. Opowieść wigilijna – Charles Dickens
82. Atlas chmur – David Mitchell
83. Kolor purpury – Alice Walker
84. Okruchy dnia – Kazuo Ishiguro
85. Pani Bovary – Gustave Flaubert
86. A Fine Balance – Rohinton Mistry
87. Pajęczyna Szarloty – EB White
88. Pięć osób, które spotykamy w niebie – Mitch Albom
89. Przygody Sherlocka Holmesa – Sir Arthur Conan Doyle
90. The Faraway Tree Collection – Enid Blyton
91. Jądro ciemności – Joseph Conrad 
92. Mały Książę – Antoine De Saint-Exupery
93. Fabryka os – Iain Banks
94. Wodnikowe Wzgórze – Richard Adams
95. Sprzysiężenie głupców (również: Sprzysiężenie osłów) – John Kennedy Toole
96. Miasteczko jak Alice Springs – Nevil Shute
97. Trzej muszkieterowie – Alexandre Dumas
98. Hamlet – William Shakespeare

99. Charlie i fabryka czekolady – Roald Dahl
100. Nędznicy – Victor Hugo

sobota, 9 marca 2013

Gdzie diabeł nie może tam baby pośle;)

Pamiętacie jeszcze Żenię i Anfisę o których pisałam TUTAJ

Od czasu naszego pierwszego spotkania w życiu Anfisy zaszły pewne zmiany, wyszła bowiem za mąż za niejakiego Romana Andriejewicza Gromowa, podpułkownika Specnazu, którego poznała przy okazji poszukiwania sponsora dla swojego pierwszego kryminału. 
Tym razem Anfisę i Żenię spotykamy w gorące letnie popołudnie, które spędzają na daczy u swojej znajomej, Wiery. Wykorzystując sprzyjającą aurę trzy przyjaciółki idą popływać - rezygnują z miejsca gdzie kąpią się wszyscy letnicy oraz większość miejscowych, i idą w miejsce zwane Dużą Głębiną. Niestety kąpiel kończy się dla nich w bardzo nieprzyjemnych okolicznościach, bowiem odkrywają zwłoki utopionej kobiety.
Kilka dni później przeżywają kolejny wstrząs - zostaje porwana Lelka, sześcioletnia córka Wiery. Szybko okazuje się, że Wiera i jej mąż Igor mają coś do ukrycia w związku z przeszłością dziewczynki...

Tak jak w przypadku tomu pierwszego kolejna porcja dobrej zabawy, Żenia w dalszym ciągu jest kopalnią zwariowanych pomysłów, Anfisa, chociaż znacznie rozsądniejsza niż przyjaciółka często jej jednak ulega, co prowadzi do potężnych kłopotów. Roman marzy o tym, aby Żenia wreszcie wyszła za mąż i zajęła się swoimi sprawami - być może wtedy również jego żona przestanie szukać wrażeń poza domem? Na razie nic na to nie wskazuje, a Roman na przemian wrzeszczy (ale to raczej na pokaz) i ratuje z opresji żonę i jej przyjaciółkę.

"Męża do zadań specjalnych" zapodałam sobie jako prezent z okazji wczorajszego święta - czyta się rewelacyjnie, akcja pędzi jak pociąg pospieszny (co akurat w przypadku kryminału jest zaletą) i chociaż bez większego problemu odgadłam część rozwiązań, to w kilku miejscach autorka mnie bardzo zaskoczyła. Książka Polakowej to świetna odskocznia od codziennych kłopotów, to literatura kobieca z dosyć wysokiej półki i ogólnie dobra zabawa.

Polecam:)

piątek, 8 marca 2013

Przy okazji Dnia Kobiet... nie o kobietach jednak

Dzisiejsze święto miało być uczczone opinią na temat jakiejś wielkiej kobiecej literatury albo w ostateczności jakiegoś ckliwego babskiego czytadła... Książki podpadające pod takowe określenia nawet zostały przeczytane, ale przyznam się, że jestem wykończona dzisiejszym dniem i zwyczajnie nie chce mi się pisać czegoś mądrego...
Ale będzie też trochę na temat kobiet, chociaż niejako przy okazji.

Stali bywalcy wiedzą, że pracuję w gimnazjum - trochę uczę, trochę obijam się (przynajmniej wg ministra Boniego) w szkolnej bibliotece.  Według obiegowej opinii młodzież gimnazjalna to "dno i siedem metrów mułu", banda rozwydrzonych wyrostków, co to tylko patrzy popalić, popić, poćpać i po... (zostawiam w domyśle o co chodzi, bo jednakowoż nie lubię wulgaryzmów, nawet na piśmie), to wylęgarnia talentów zasilających policyjne statystyki, to pokolenie galerianek - uff, długo by jeszcze można  wymieniać... 
Pewnie jest w tym trochę racji - bo przecież policyjne statystyki i medialne newsy nie biorą się z sufitu. Ale tak sobie myślę, że to nie do końca prawda. Obraz młodzieży gimnazjalnej w dużej mierze kreują media - a wiadomo, że tu chodzi nie tyle o prawdę co o oglądalność. I nie czarujmy się -  30-osobowa klasa wzorowych uczniów ze średnią 5,3 nie zrobi na opinii publicznej raczej żadnego wrażenia. Co innego "młody gniewny", który udekoruje głowę nauczyciela koszem na śmieci...

Moi uczniowie w żadnym razie nie są aniołami - przydarzają im się rozmaite wypadki (ostatnio mieliśmy taki "czarny tydzień" - przychodziłam rano do szkoły i pierwsze pytanie było "To co dzisiaj wykręcili?"), niektórzy rodzice bywają u nas częstymi gośćmi, zdarzają się (co prawda raz na trzy lata, ale jednak) wizyty policji w celach prewencyjnych, czyli średnia krajowa. 

Ale nawet do tych najbardziej "podpadniętych" można jakoś dotrzeć i zmotywować do działań ku pożytkowi ogólnemu. Piszę o tym bo właśnie z takimi "szkolnymi przestępcami" robiłam dzisiejszy apel na okoliczność Dnia Kobiet. 
Zorganizowaliśmy wybory "Miss Szkoły" i na 10 biorących w nich udział osób, ośmioro to mniej lub bardziej stali użytkownicy dywanika w gabinecie naszego pana dyrektora.
I przyznaję uroczyście, że dawno nie przygotowywało mi się tak fajnie szkolnego apelu - chłopcy podeszli do problemu z entuzjazmem, poczuciem humoru i co najważniejsze z dużą dawką odpowiedzialności, chociaż były momenty, że miałam wrażenie, że wszystko się rozwali i będzie jedno wielkie nic... Ale się udało, co więcej okazało się, że w sytuacjach kryzysowych potrafią stanąć na wysokości zadania - padł nam sprzęt nagłaśniający i w czasie, kiedy był reanimowany moje chłopaki tak kreatywnie bawili publiczność, że nikt później nie chciał uwierzyć, że to była prowizorka.

Poniżej kilka zdjęć z imprezy - pełny serwis fotograficzny i filmowy  na naszej szkolnej stronie internetowej.

"Starsza siostra to bardzo dobry wynalazek" - mówią oczy Bartka.


Kamil ćwiczy rozdawanie całusów;)

Jedną z prezentacji konkursowych był "Taniec łabędzi" w baletkach model "Wieś 3"


Korony i szarfy rozdzielone - chwila dla fotoreporterów.

Fajnych mam uczniów, no nie?

czwartek, 7 marca 2013

Nieśmiałość na różne sposoby

Utarło się przekonanie, że świnki to zwierzątka, delikatnie mówiąc, nie najczyściejsze...

Tymczasem Myszorek jest zaprzeczeniem tego uogólnienia - jest niezwykle czysty, nie lubi błota, kałuż ani hałasu. Opiekunowie na farmie byli zmuszeni umieścić go w osobnej zagrodzie, bo nie potrafił się zaaklimatyzować w stadzie.

Na farmę przyjeżdża wycieczka z pobliskiej szkoły. Wśród uczniów jest nasza stara znajoma Molly i jej przyjaciółka Alice, czasowa właścicielka jednorożca Sopelka. Molly szybciutko wyczuwa, że w zagrodzie ukrywa się jakieś magiczne zwierzątko. Cierpliwość daje efekty - zza beli siana wychodzi powolutku śliczny, różowy prosiaczek. Myszorek też wyczuwa, że Molly jest wyjątkowa - bardzo go to cieszy, ma bowiem ogromny problem i liczy na to, że dziewczynka mu pomoże. Prosiaczek bardzo lubi dzieci, jest jednak tak bardzo nieśmiały, że nie wychodzi z ukrycia. A mógłby zrobić tyle dobrego! Bo Myszorek ma moc uszczęśliwiania ludzi - wystarczy aby na kogoś dmuchnął i ta osoba od razu patrzy weselej na świat.
Molly obiecuje pomóc Myszorkowi, ale wydaje jej się, że sama nie da sobie rady...

Jak to zwykle w książeczkach Holly Webb ma ta historia drugie dno. Bo nie tylko prosiaczek jest nieśmiały. Wśród kolegów Molly znalazłoby się kilkoro dzieci, które nie potrafią nawiązać kontaktu z innymi. Jedne, tak jak Alice zamykają się w swoim światku, boją się odezwać i starają się nie rzucać w oczy. Inni, tak jak Ben, zachowują się głośno, zaczepiają innych, są złośliwi - tak jakby pod tym nieodpowiednim zachowaniem starali się ukryć swoje kompleksy. I dotarcie do nich, zaproponowanie pomocy może być jeszcze trudniejsze niż zaczarowanie nieśmiałego prosiaczka.

Kolejna piękna historia, która wyszła spod pióra brytyjskiej pisarki i kolejna, którą nieustająco polecam wszystkim Waszym pociechom:)

środa, 6 marca 2013

Na kłopoty... Brzytwa

Nie wiem jak to w wielkim świecie bywa, ale spora grupa naszych autorów umieszcza akcję swoich książek w konkretnych miejscowościach i my, czytelnicy, jeśli tylko mamy choćby śladowe pojęcie o topografii tych miejsc bez większego problemu możemy podążać śladem bohaterów.
Jedną z takich autorek jest Izabela Sowa, której utwory w zdecydowanej większości dzieją się w Krakowie. Tak też jest w przypadku dwóch jej książek "Ścianka działowa" i "Podróż poślubna", które przeczytałam w ostatnich dniach (niech żyją szkolenia w pracy!!!).

Jak to najczęściej w powieściach pani Izabeli Sowy bywa bohaterami obydwu książek są osoby w wieku 30+, na oko ludzie sukcesu, świetnie dający sobie radę w aktualnej rzeczywistości, a tak naprawdę pełni zahamowań, kompleksów i problemów. Obydwie historie łączy postać pewnej Matki Polki (w dowodzie osobistym: Paulina Matka) zwanej Brzytwą. 
Brzytwa to osoba, która potrafi rozwiązać najtrudniejsze życiowe problemy, trochę detektyw, trochę psycholog, mistrzyni działań niekonwencjonalnych. Trafić do niej niezwykle trudno, bowiem nie prowadzi zarejestrowanej działalności, nie ma biura ani godzin przyjęć. Ale jeżeli komuś będzie bardzo zależeć to pokona wszystkie etapy selekcji i w końcu uda mu się do niej dotrzeć.

Dionizy, bohater "Ścianki działowej" i Paloma z "Podróży poślubnej" wykazali się takim samozaparciem, pokonali swoisty "tor przeszkód" i stanęli oko w oko z osławioną Brzytwą, która zgodziła się zając ich sprawami, ale pod pewnym warunkiem - ofiarują jej tydzień ze swojego życia. Cena niezbyt wygórowana, jeśli w zamian otrzymają rozwiązanie swoich największych bolączek - Dionizy podejrzewa, że zdradza go żona, natomiast Paloma, świeżo poślubiona mężatka, nie może zrozumieć dlaczego Norbert ociąga się z podjęciem decyzji na temat miodowego miesiąca, a dokładnie nie potrafi (bądź nie chce) podjąć decyzji o celu podróży poślubnej.

Razem z Brzytwą i jej klientami wędrujemy po Krakowie, ale nie po tym znanym z wycieczkowych szlaków - zaglądamy do starych mieszkań na Podgórzu, do niewielkiej osiedlowej biblioteki, na Kleparz i Tandetę (dla  niezorientowanych - to dwa najbardziej znane place targowe w Krakowie), do ogródków na Bronowicach i do mniej lub bardziej podejrzanych lokali gastronomicznych. 
Brzytwa nie daje gotowych rozwiązań, wydawać by się mogło, że jej postępowanie jest zupełnie irracjonalne, klienci chwilami chcą zrezygnować z jej usług, ale w ogólnym rozrachunku dostają sporo więcej niż rozwiązanie doraźnych problemów.
Bowiem Brzytwa zmusza ich do przeanalizowania własnego postępowania, własnych lęków i fobii, oraz, co niezwykle istotne własnych pobudek i prawdziwych intencji, którymi kierują się w życiu.

Ponieważ przeczytałam już kilka powieści autorstwa Izabeli Sowy mogę chyba pokusić się o pewne uogólnienia. Autorka pisze prostym językiem, jej bohaterowie są mocno umiejscowieni w aktualnej rzeczywistości, często możemy w nich odnaleźć samych siebie lub swoich znajomych. Jest w nich obecne swoiste, czasem nieco gorzkie, poczucie humoru - mnie jakoś zawsze przy tej okazji przypominają się słowa Horodniczego z "Rewizora" Gogola - "Z czego się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie!"

Polubiłam Brzytwę, jej sąsiada Bereta i Chrzestnych, i mam nadzieję, że Izabela Sowa jeszcze wróci do tych bohaterów. Szkoda by było, żeby cykl zamknął się tylko na tych dwóch książkach.