poniedziałek, 31 grudnia 2012

Podsumowań czas...


Koniec roku to czas podsumowań - więc do dzieła;)

Przeczytałam w tym roku 168 nowych  książek (nie liczę powtórek książek, które już kiedyś czytałam), z tego:
  • biografia/autobiografia/pamiętnik - 12
  • fantasy - 10 (nie liczy się ilość tylko jakość...)
  • historyczna - 2 (i tak lepiej niż w ubiegłym roku...)
  • klasyka obca - 3
  • klasyka polska - 13 (to zasługa roku Kraszewskiego)
  • literatura dziecięca/młodzieżowa - 17 (tu nie liczę książek, które czytam Piotrkowi na dobranoc, bo to najczęściej bajki, które znam z dzieciństwa)
  • literatura faktu - 9
  • literatura współczesna polska - 33
  • literatura współczesna zagraniczna - 18
  • poezja - 0
  • przygodowa - 1
  • publicystyka literacka i eseje - 2
  • romans - 10
  • satyra - 2
  • science fiction - 6
  • thriller/sensacja/kryminał - 24
  • utwór dramatyczny - 0
  • literatura popularnonaukowa - 6
Napisałam recenzje 143 książek zamieszczone na tym blogu a także opublikowałam większość z nich w BiblioNETce, Na Kanapie i Lubimy Czytać - wydaje mi się, że to całkiem niezły wynik:) 

Najlepszy czytelniczo był marzec (25 książek) najsłabszy - maj (6 książek)


Zachwyciły mnie:
  • "Smażone zielone pomidory" Fannie Flagg
  • "Gra Endera" Orson Scott Card
  • "Gra o tron" George R.R. Martin
  • "Lala" Jacek Dehnel
  • "Srebrzynek i ja" Juan Ramon Jimenez
  • "Dynastia Miziołków" Joanna Olech
  • "Kocie historie" Tomasz Trojanowski
Szkoda było mojego czasu:

  • "Hanka Bielicka. Umarłam ze śmiechu" Zbigniew Korpolewski
  • "Kamienica przy Kruczej" Maria Ulatowska
  • "Poskromienie księcia" Eloisa James
  • "Oczarowani" Nora Roberts
  • "Gwałt" Joanna Chmielewska
  • "Merde! Rok w Paryżu" Stephen Clarke
  • "Tomek Sawyer za granicą" Mark Twain



AUTORZY

Czytani po raz pierwszy (jeszcze do nich nie raz wrócę):
  • Ewa Białołęcka
  • Hanna Cygler
  • Fannie Flagg
  • Renata Kosin
  • Nadżib Mahfuz
  • Tatiana Polakowa
  • George R.R. Martin
  • Alice Sebold
Czytani wcześniej i nadal zachwycają:
  • Joanna Chmielewska
  • Agatha Christie
  • Małgorzata Gutowska - Adamczyk
  • Katarzyna Michalak
  • Olga Rudnicka
  • Magdalena Samozwaniec
  • Ewa Stec
  • Monika Szwaja


Kochani, 

życzę Wam, aby nadchodzący rok przyniósł tylko piękne, jasne i pogodne dni, aby wiatr wiał zawsze "pod narty" a nigdy w oczy, niech spełnią się wszystkie plany i marzenia, a na stosikach, półkach i regałach goszczą tylko trafione lektury:)


niedziela, 30 grudnia 2012

Judasz - czy aby na pewno zdrajca?

Szalony plan brytyjskiego arystokraty lorda Arthura Pembroke'a połączył na przełomie XIX i XX wieku losy zbankrutowanego uczonego, włamywacza z talentem malarskim, notorycznego hazardzisty i artystki cyrkowej tworząc z nich zespół, którego zadaniem miało być odnalezienie pewnego niezwykle cennego, starożytnego rękopisu. Ów manuskrypt to Ewangelia Judasza - pismo, które może zupełnie odmienić losy ludzkości, rzucające nowe światło na istotę Jezusa oraz na rolę Judasza w dziele zbawienia.

Czwórka ludzi, których więcej dzieli niż łączy, początkowo nastawiona dosyć wrogo do siebie nawzajem musi połączyć wysiłki aby wykonać narzucone sobie zadanie i aby, co ważniejsze, wyjść cało z opresji. Szybko bowiem okazuje się, że tropem zaginionego papirusu podąża ktoś jeszcze. Ktoś nie mniej zdeterminowany niż wysłańcy lorda Arthura i używający wszelkich środków aby przechwycić notatki wskazujące miejsce ukrycia cennego rękopisu. 

Rainer M. Schröder to pisarz pochodzący z Niemiec, chociaż od pewnego czasu mieszkający w Stanach Zjednoczonych. Na polskim rynku ukazały sie jak dotąd dwie jego książki (obydwie nakładem wydawnictwa Telbit) a mianowicie "Dni ciemności" (opinia TUTAJ) oraz "Świadectwo Judasza".

"Świadectwo" to książka z gatunku przygodowo-sensacyjnego, chociaż nie brak w niej elementów grozy. Główni bohaterowie muszą radzić sobie z rozmaitymi (bywa, że i nadprzyrodzonymi) problemami a konieczność współpracy, wymuszone zaufanie do towarzyszy niedoli przeradza się wkrótce w przyjaźń. Każdy z nich posiada pewne szczególne umiejętności, które okażą się pomocne w ich długiej i niebezpiecznej podróży przez kraje i kontynenty. 
Lektura jest wciągająca, chociaż sporo w niej informacji na temat historii, teologii, sztuki i kryptologii. Szczególnie owa kryptologia jest ciągle obecna na kartach książki, bowiem nasi bohaterowie nie szukają Ewangelii Judasza po omacku - rolę ich przewodnika pełni  notes Mortimera Pembroke'a, starszego brata sir Arthura, który zakodował w nim miejsce ukrycia rękopisu. 
Autor wykonał ogromną pracę jeśli chodzi o realia - opisuje miejsca w których toczy się akcja powieści, życie codzienne w tamtych czasach, ubiory, rozrywki czy wreszcie środki lokomocji. Bohaterowie podróżują Orient Ekspressem, mają możliwość zobaczyć jedną z pierwszych łodzi podwodnych, używają telefonu a równocześnie zmuszeni są do wyprawy w miejsca gdzie można dotrzeć jedynie konno lub wręcz na piechotę.

Przy okazji lektury powieści można się natknąć na miejsca, wydarzenia czy postacie znane z innych lektur - ot, chociażby na belgijskiego detektywa podróżującego Orient Ekspressem. To dodatkowa przyjemność przy lekturze - wyszukiwanie nawiązań do mniej lub bardziej znanych dzieł literatury, sztuki czy filmu. Ale czyż może być inaczej w książce gdzie jeden z głównych bohaterów nosi imię Byron a nazwisko innego brzmi Alistair McLean?

Serdecznie zachęcam do przeczytania tej książki - szczególnie wielbiciele Indiany Jonesa, profesora Roberta Langdona czy naszego skromnego Pana Samochodzika powinni być usatysfakcjonowani.

środa, 26 grudnia 2012

Kiedy satyryk pisze biografię to efekty mogą być różne...

Tekst wypowiadany niemal jednym tchem, salwy śmiechu, charakterystyczny, zachrypnięty głos, elegancka kreacja uwieńczona niebanalnym kapeluszem  - i już wiadomo, oto przed państwem największa gwiazda polskiej estrady - Hanka Bielicka. 

Pani Hania od kilku już lat bryluje gdzieś na niebieskich estradach, a nam, jej wielbicielom, pozostały wspomnienia z jej występów, kilka filmów i seriali w których zagrała, nagrania na płytach i od czasu do czasu telewizyjne powtórki programów z jej udziałem. Pomimo niewątpliwego wpływu na kształt polskiej powojennej rozrywki i niekwestionowaną pozycję gwiazdy pierwszej wielkości nie doczekała się Hanka Bielicka profesjonalnej biografii. Tym bardziej jest to smutne, że rozmaite artystyczne miernoty, jednosezonowi celebryci już to uszczęśliwiają świat "samodzielnie" napisanymi wspomnieniami, już to stają się tematem opracowań różnej maści biografów, widzących w tego typu publikacjach możliwość szybkiego dorobienia się.

Kiedy w moje ręce wpadła książka Zbigniewa Korpolewskiego pt. "Hanka Bielicka. Umarłam ze śmiechu" ucieszyłam się, że wreszcie ktoś się zabrał za biografię tej wybitnej artystki. Pierwsze wrażenie - książka starannie wydana, kilkanaście fotografii z różnych okresów życia, teksty wybranych monologów - zapowiadało się całkiem nieźle. Tym bardziej, że autor książki to świetny satyryk, autor wielu utworów prezentowanych przez panią Hankę w Teatrze Syrena, w radiowym "Podwieczorku przy mikrofonie" czy w czasie rozmaitych występów kabaretowych, przez wiele lat zawodowo związany z bohaterką swojej książki. Troszkę mnie zaniepokoiła niezbyt wielka, jak na tego typu książki, objętość, ale doszłam do wniosku, że nie liczy się przecież ilość ale jakość.

I niestety z tą jakością nie jest najlepiej - książki Zbigniewa Korpolewskiego nie można w żadnym wypadku traktować jako profesjonalnej biografii. To raczej garść wspomnień samego autora i kilka dykteryjek, które usłyszał z ust pani Hanki przeplatane dosyć obficie dygresjami autora na temat współczesnych gwiazd, które Bielickiej nawet do pięt  nie dorastają. Tu się akurat z autorem zgadzam, ale wydaje mi się, że to nie czas i miejsce na takie porównania - bo czytając tę książkę chciałam się dowiedzieć czegoś o ulubionej aktorce mojego taty, o osobie, której sama chętnie słuchałam (szczególnie, kiedy interpretowała teksty Stefana Wiecheckiego) a nie tego co myśli autor o dzisiejszych celebrytach.
Kolejnym zarzutem jaki mam do autora jest chaotyczna narracja, powtórzenia i widoczny brak koncepcji całości - ciągłe dygresje, wtrącenia i chyba najczęściej używany zwrot - "o tym dokładnie napiszę w innym miejscu" bardzo przeszkadzały w lekturze. I tak sobie myślę, że dla osób z młodszego pokolenia niż moje, które nie do końca kojarzą, kto zacz owa Hanka Bielicka, książka będzie trudna do ogarnięcia.
Zbigniew Korpolewski ogromnie cenił sobie znajomość z panią Hanią, co zresztą podkreśla wielokrotnie w swojej książce i co wywarło znaczący wpływ na to jak przedstawia swoją bohaterkę. Hanka Bielicka to niemal anioł ze skrzydłami i aureolą (ciekawe jak owa aureola zgrała się z kapeluszem?), bez wad i przypadłości. Owszem gdzieś tam mimochodem wspomniana jest niechęć jaka istniała pomiędzy nią a inną wielką artystką Ireną Kwiatkowską, jest kilka zdań na temat wrogiego stosunku do alkoholu i osób go nadużywających (ale to akurat do zalet można zaliczyć) i tyle. Bielicka w ujęciu Korpolewskiego jest zwyczajnie nudnawa... I nie chodzi tu o wyciąganie jakichś przysłowiowych "trupów z szafy" czy szukanie skandali i tanich sensacji - zwyczajnie, wydaje mi się, że artystka, tak żywiołowa na scenie była również żywiołem w życiu prywatnym, a nie taką cielęciną jak chce ją widzieć autor książki...

Zbigniew Korpolewski jest niezaprzeczalnie świetnym satyrykiem, tekściarzem i obserwatorem rzeczywistości, czego dowiódł niejednokrotnie w pisanych przez siebie utworach scenicznych. Jednak, z całym szacunkiem, na biografa się za specjalnie nie nadaje... 

Pozostaje mieć nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto napisze profesjonalną, wartościową i obszerną biografię aktorki. A ja z radością taką pracę przeczytam.

wtorek, 25 grudnia 2012

Z Mazowsza do Paryża czyli dzieje pewnej malarki

Kiedy na ubiegłorocznych Targach Książki w Krakowie dowiedziałam się, że pani Małgorzata Gutowska-Adamczyk planuje po raz kolejny zabrać swoich czytelników do Gutowa, wręcz nie mogłam się doczekać premiery zapowiedzianej powieści. Śledziłam wszelkie informacje na temat tej książki, aż wreszcie kilka tygodni temu mogłam wziąć w ręce tom pt. "Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich". 

Czytelnicy, którzy uważnie zapoznali się z "Zajezierskimi", pierwszą częścią cukiernianej trylogii pamiętają z pewnością malarkę, Różę Wolską, którą połączył z hrabią Tomaszem krótkotrwały, lecz niezwykle intensywny romans. Romans, który nie miał szans przerodzić się w coś poważniejszego, bowiem hrabia był już wtedy zaręczony z Adrianną Bysławską. Malarka zresztą nagle wyjechała, a w Zajezierzycach pozostał na pamiątkę namalowany przez nią portret hrabiego. Portret ten przetrwał wszystkie zawieruchy dziejowe i zawisł w holu hotelu, który działał w zajezierskim pałacu. 

Od czasu wydarzeń opisywanych w "Cukierni pod amorem" minęło 15 lat. Zmarła Celina Hryć, Waldemar Hryć ożenił się i wraz z żoną prowadzi cukiernię a Grzegorz Hryć został burmistrzem Gutowa. Iga Hryć i Xawier Toroszyn pobrali się, mają dwójkę dzieci, wykupili (potężnie się przy tym zadłużając) pałac w Zajezierzycach i prowadzą w nim hotel.  Niestety pojawia się pewien problem - z kilku światowych muzeów giną obrazy impresjonistów, a wszystkie kradzieże mają jedną wspólną cechę: wśród zaginionych dzieł zawsze są płótna Rose de Vallenord, która karierę malarską rozpoczynała jak Róża Wolska...
Iga obawiając się o bezpieczeństwo znajdującego się w hotelu obrazu zwraca się z prośbą o pomoc do Niny Hirsch, historyka sztuki, znawczyni impresjonizmu, a przy okazji wielbicielki talentu polsko-francuskiej malarki.

Podobnie jak to miało miejsce przy "Cukierni" powieść toczy się dwutorowo: współcześnie w Zajezierzycach i Warszawie, gdzie mieszka Nina oraz w drugiej połowie XIX wieku w Paryżu, gdzie losy rzuciły rodzinę Róży - jej ojciec za udział w powstaniu styczniowym został skazany na 15 lat zsyłki, a matka wraz z Różą wyjechała do stryja mieszkającego w stolicy Francji. 

Paryż, miasto świateł, miasto, które nigdy nie śpi, mekkę artystów, miejsce gdzie ogromne bogactwo od skrajnej nędzy dzieli przysłowiowy jeden krok oglądamy oczami dziecka, młodej dziewczyny i wreszcie dojrzałej kobiety, nieco naiwnej polskiej szlachcianki rzuconej na obczyznę i artystki poszukującej własnej drogi. W świecie sztuki zdominowanej przez mężczyzn nie jest łatwo się przebić kobiecie, cudzoziemce, w dodatku nie posiadającej koneksji i majątku. Róża nie może też liczyć na wsparcie najbliższych - matka, ograniczona konwenansami, nie rozumie własnego dziecka i nie potrafi zaakceptować zmian jakie zaszły w świecie od czasów jej młodości, zaś ojciec, który po odbyciu wyroku dołącza do rodziny jest zupełnie obcym, zagubionym i chorym człowiekiem. Róża właściwie nie ma przyjaciół a i uczuciowo angażuje w niezwykle trudny związek.

Nie trzeba być specjalnie uważnym czytelnikiem aby zauważyć, że pomiędzy Niną Hirsch i Różą Wolską oraz ich  losami istnieje wiele podobieństw - zamiłowanie do sztuki, wrażliwość, brak pewności siebie, osamotnienie. Najważniejszą przyczyną takiego stanu rzeczy jest fakt, że obydwie kobiety wychowywane były przez samotne, borykające się z trudnościami dnia codziennego, mocno zaborcze matki, które swoje życiowe niepowodzenia odreagowywały na córkach. Krystyna Wolska i Irena Hirsch to modelowe przykłady tego, co często określa się "toksycznymi rodzicami" niszczącymi metodycznie własne dzieci. Co gorsza, obydwie wychowywały swoje córki w przeświadczeniu, że wszystko co robią, robią dla ich dobra...

Umieszczenie akcji powieści w Paryżu schyłku XIX wieku, w środowisku artystycznej bohemy wymusiło na autorce odwołanie się do realiów epoki - wystawy światowe, coroczne Salony Malarskie, inauguracja podróży Orient Expresem,  wreszcie czas wojny francusko-pruskiej i Komuny Paryskiej, wszystkie te wydarzenia i jeszcze wiele innych znajdzie czytelnik na kartach tej książki. I tu należą się Małgorzacie Gutowskiej-Adamczyk ogromne pochwały za poważne podejście do tematu i skrupulatną dokumentację. Taka mała dygresja - jeżeli ktoś będzie miał możliwość zapoznać się z książką, która powstała przy okazji pisania "Podróży do miasta świateł" a mianowicie z wydawnictwem pt. "Paryż miasto sztuki i miłości w czasach belle epoque" autorstwa Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk i Marty Orzeszyny to szczerze polecam.

Po raz kolejny autorka serwuje nam piękną, wzruszającą i niezwykle wciągającą historię. Spotkamy bohaterów, których poznaliśmy przy okazji "Cukierni pod amorem", ale stanowią oni niejako tło dla Róży i Niny, bo to one są na pierwszym planie, tak więc jeśli ktoś nie czytał cukiernianej trylogii może się nie obawiać - nie przeszkodzi to w lekturze a może zachęci do sięgnięcia po poprzednią powieść Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk.

A mnie nie pozostaje nic innego jak czekać na "Podróż do miasta świateł. Rose de Vallenord" czyli drugą część losów Róży i Niny, która ukaże się dopiero w przyszłym roku... 

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Życzenia

Wigilia - przystrojony biało stół,
Zaprasza siądź z nami wraz Gościu nasz.
Opłatek weź i z nami dziel,
Bo dzisiaj radość gości w nas!



Zdrowych, wesołych, 
a przede wszystkim rodzinnych świąt 
i wiele szczęścia w Nowym Roku:)

niedziela, 23 grudnia 2012

Podróż drogą, która powoli odchodzi w przeszłość...



Route 66 - jeden z najważniejszych symboli amerykańskiej pop kultury, legendarna droga do sukcesu, świadek najnowszej historii, sceneria wielu słynnych "filmów drogi",  bohaterka piosenek - powoli odchodzi w przeszłość. Wypierają ją wielopasmowe autostrady, jej nawierzchnia niszczeje nie remontowana, a wiele odcinków już nie istnieje - Amerykanie, inaczej niż Europejczycy, nie są zbyt sentymentalni, dla nich liczy się funkcjonalność, wygoda i zyski.

Wojciech Orliński, dziennikarz, pisarz i publicysta, zafascynowany kulturą masową postanowił przemierzyć drogę nr 66, a przynajmniej to co z niej zostało... A swoje wrażenia z podróży zawarł w książce "Route 66 nie istnieje", która ukazała się nakładem wydawnictwa Pascal i stanowi swego rodzaju kontynuację jego poprzedniej publikacji pt. "Ameryka nie istnieje".

Route 66 łączy Chicago z Los Angeles, liczy sobie 2500 mil i przebiega przez tereny Illinois, Missouri, Oklahomy, Teksasu, Nowego Meksyku, Arizony i Kalifornii. Podążając nią będziemy jechać śladem podróżników Lewisa i Clarka, gangsterów (chociażby Ala Capone, Bonnie i Clyde'a czy Jessie Jamesa), wysiedlanych ze swoich terenów Indian, wędrujących w poszukiwaniu lepszego losu zrujnowanych farmerów z czasów Wielkiego Kryzysu, odwiedzimy miejsca znane z  kinowych hitów, będziemy mogli podziwiać przepiękne widoki (na czele z Wielkim Kanionem), a kiedy się zmęczymy możemy poszukać noclegu w którymś z przydrożnych moteli oraz posmakować prawdziwej amerykańskiej kuchni (chociaż wielbiciele McDonald'sa też nie będą pokrzywdzeni). 

Motywem przewodnim swojej książki uczynił Wojciech Orliński już dzisiaj klasyczny utwór Bobby'ego Troupa "(Get your Kicks on) Route 66" - najpopularniejszą chyba piosenkę o drodze nr 66, którą wykonywali m.in. Bing Crosby, Chuck Berry, Depeche Mode i The Rolling Stones i która była również soundtrackiem do superhitu Disney'a "Auta". Kolejne rozdziały noszą tytuły zaczerpnięte z tej kompozycji.

Ogromną rolę w tego typu książkach pełnią zdjęcia - pozwalają chociaż częściowo wczuć się w opisywaną historię, oddają piękno krajobrazu migającego za szybą samochodu, dokumentują miejsca i ludzi. Jeśli chodzi o fotografie zamieszczone w książce Orlińskiego to można do nich mieć tylko jedno zastrzeżenie - chociaż jest ich całkiem sporo, to jednak jak dla mnie jest ich stanowczo za mało...

Książka wydana jest niezwykle starannie, na kredowym papierze, duża część fotografii zajmuje całe stronice,  często nawet dwie i cieszy oczy czytelnika pięknymi, żywymi kolorami. Sprawia, że chciałoby się spakować walizkę, wykupić pierwszy możliwy lot do Chicago, wsiąść w samochód i ruszyć w stronę zachodzącego słońca...

Niestety taka podróż jest całkowicie poza moimi możliwościami, ale udało mi się w sieci znaleźć taki filmik obrazujący podróż szlakiem Route 66.


piątek, 21 grudnia 2012

Mój prywatny koniec świata...

W przerwie między świątecznymi porządkami przysiadłam wczoraj na chwilkę przed komputerem i znalazłam informację, która bardzo mnie zasmuciła... 
Otóż już niedługo, za kilka tygodni, przestanie istnieć jedno z największych polskich wydawnictw, a mianowicie Świat Książki, od kilkunastu miesięcy będące częścią spółki Weltbild. Ja rozumiem, że biznes to biznes i musi przynosić zyski, a jak nie przynosi to się zwija interes. Ale jakoś nie chce mi się wierzyć, że jedna z największych polskich oficyn jest deficytowa:(

Jakby nie było, dla mnie, jako czytelniczki i kupowaczki książek, wiadomość o likwidacji Świata Książki to ogromna przykrość. A cóż dopiero powiedzieć o pracownikach i osobach pośrednio związanych z firmą, którzy w ramach prezentu gwiazdkowego dostali wymówienia? 
Wiem, że to niewiele, ale trzymam kciuki i mocno wierzę, że znajdzie się ktoś kto nie dopuści do likwidacji firmy i będzie chciał skorzystać z doświadczenia ludzi z nią związanych.
A pracownicy Świata Książki nie siedzą z założonymi rękami - TUTAJ możecie się dowiedzieć co robią aby ratować wydawnictwo, może ktoś ma jakiś pomysł co z tym fantem zrobić, albo zna kogoś kto mógłby pomóc, albo chciałby zwyczajnie zaakcentować swoje poparcie - każdy "lajk" się liczy...



To co na zdjęciu to niewielka część moich zbiorów na których widnieje logo Świata Książki - biografie, albumy, literatura popularnonaukowa (tu akurat sporo brakuje, bo większość mam w szkole) - wyjęte z dwóch półek w regale. A jeszcze beletrystyka, książki dla dzieci, płyty... Nie będę tu przedstawiać wszystkiego, bo nie o to chodzi żeby się chwalić - chcę tylko napisać, że mój świat bez Świata Książek nie będzie już taki sam... 

Zakupy w ŚK robiłam niemal od początku jego istnienia. Dla mnie, osoby mieszkającej na wsi, daleko od dużego miasta i porządnej księgarni, to była cudowna instytucja - kilka razy do roku listonosz przynosił kolorowy katalog i zaczynało się oglądanie, zakreślanie interesujących pozycji, kombinowanie co kupić "już i natychmiast" a co będzie musiało poczekać na jakiś nadprogramowy przypływ gotówki. A potem wysyłało się list z zamówieniem i rozpoczynało się oczekiwanie na paczkę. Trzeba przyznać, że zamówienia realizowane były szybko i wreszcie można było wziąć w rękę wymarzoną książkę - starannie wydaną, w twardej oprawie, często z obwolutą, szytą a nie klejoną, taką, która miała przetrwać lata użytkowania.
Kiedy Świat Książki zaczął otwierać swoje księgarnie w większych miastach, w tym i w Krakowie, każda wizyta w podwawelskim grodzie miała w programie odwiedziny na ulicy Siennej, kilka kroków od Rynku Głównego i oglądanie, oglądanie, oglądanie... I oczywiście kupowanie:) 
Czas mijał, dorobiłam się telefonu (najpierw stacjonarnego  a później komórkowego) a w pracy miałam dostęp do internetu więc zamawianie książek stało się łatwiejsze. Tzn. technicznie łatwiejsze, bo proces decyzyjny był coraz dłuższy - oferta była coraz bogatsza i coraz trudniej było się zdecydować co wybrać a z czego zrezygnować:(
I tak pozostało do dzisiaj - pomimo, że mam w ramach współpracy dostęp do egzemplarzy recenzyjnych, to prawie zawsze sobie coś w księgarni (która w międzyczasie "awansowała" na ulicę Floriańską) w czasie wyjazdów do Krakowa kupię. 

I tylko mam taką nadzieję, że wydarzy się jakiś cud i Świat Książki przetrwa pomimo wszystko.

Bo niby kiedy mają się zdarzać cuda jak nie w święta?