poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Szwarc, mydło i powidło czyli ostatni tydzień wakacji

Koniec wakacji...
Ostatni tydzień przegalopował jak mustang po prerii i oto nadszedł czas powrotu do codziennego kieratu. No dobrze, uczciwie przyznaję, że już mi się za tym kieratem cniło co nieco i jutro idę do pracy z niekłamaną przyjemnością.

Końcówkę wakacji miałam dosyć solidnie zapchaną - oczywiście konferencja, przygotowanie do nowego roku szkolnego, przygotowanie tych nieszczęsnych "darmowych podręczników" dla naszych gimnazjalnych pierwszaków (jestem nie tylko nauczycielem ale i bibliotekarzem...) - notabene tylko części podręczników, bo jedno wydawnictwo jeszcze nie przysłało książek i zrobi to... kiedyś (miejmy nadzieję, że niedługo).
Ale oprócz powrotu do pracy mieliśmy jeszcze trochę rozrywek :)



A więc po pierwsze - byliśmy na "Małym Księciu" - cudo pod względem plastycznym i realizatorskim, a i sama fabuła (bo to nie jest dosłowna ekranizacja książki) też robi wrażenie. Jak ktoś jeszcze nie był to serdecznie zachęcam.



Po drugie - wypad do Sandomierza na zlot BiblioNETki. Byliśmy ledwie kilka godzin, ale i tak moc wrażeń - całkiem duża grupa książkoholików na tle pięknego, klimatycznego miasta... Mmmm, miodzio :) Też polecam - i BiblioNETkę i Sandomierz ;)



Po trzecie - dziecię moje własne zaliczyło debiut przed szeroką publicznością. Kilka lat temu powstał u nas zespół folklorystyczny "Gołczawianie", jednak z przyczyn różnych rozpadł się. Wiosna ego roku nastąpiła jego reaktywacja, Młody dał się namówić i poszedł na jedną z pierwszych prób, załapał, spodobało mu się i oto wczoraj w czasie dożynek gminnych debiutował na scenie. Mamusia jest baaaardzo z niego dumna.

*************************************************

A na dodatek przeczytałam w tych dniach jeszcze trzy książki o których teraz chciałam krótko napisać.

Wojciech Chmielarz debiutował w 2009 roku publikując opowiadanie w antologii firmowanej przez "Nową Fantastykę". Tego opowiadania nie znam, więc nie mam pojęcia czy jest dobrym fantastą, ale po lekturze książki "Farma lalek" mogę stwierdzić, że jest świetnym kryminalistą. Wspomniana "Farma" (wydana w 2013) jest drugim tomem o przygodach warszawskiego policjanta Jakuba Mortki (pierwsza pt. "Podpalacz" ukazała się w 2012, a trzecia i jak na razie ostatnia wyszła w 2014 roku i nosi tytuł "Przejęcie"). 
Mortka został służbowo przeniesiony na Dolny Śląsk, do niewielkiego miasteczka Krotowice. Nie ma tu zbyt wiele do roboty - sprawy przy których pracuje to najczęściej przemoc domowa, zakłócanie porządku i od czasu do czasu konflikty pomiędzy ludnością polską a romską.
Wszystko się zmienia, kiedy pewnego dnia znika jedenastoletnia dziewczynka. Początkowo wszystko wskazuje na działalność jakiegoś pedofila (świadek opisuje samochód do którego dziecko wsiadło) i nawet dosyć szybko podejrzany zostaje ujęty. Dziecka przy nim nie ma, wiec policjanci rozpoczynają poszukiwania zwłok. Na szczęście Marta odnajduje się żywa i cała, ale równocześnie Mortka wpada na ślad czegoś znacznie poważniejszego: w starym zalanym wodą szybie policjant odnajduje koszmarnie okaleczone ciała kilku kobiet...

Jak na dobry kryminał przystało książka trzyma w napięciu a rozwiązanie sprawy jest dość zaskakujące. Ale to znajdzie czytelnik w większości książek tego typu. To czym książka Chmielarza się wyróżnia jest pokazanie policyjnej rzeczywistości - praca biurowa, problemy techniczne i personalne, przepychanki pomiędzy poszczególnymi instancjami, itp. Dla Mortki praca w Krotowicach stanowi jeszcze większe wyzwanie - jest człowiekiem z zewnątrz i miejscowi stróże prawa odnoszą się do niego z nieufnością...
Dodam, że ważny element fabuły stanowi "sprawa romska" - Romowie izolują się od Polaków, żyją według własnych reguł i swojego prawa, czym w żaden sposób nie zaskarbiają sobie sympatii. Autor przy okazji opisów wzajemnych relacji między obydwiema społecznościami podaje sporo informacji na temat Romów - stanowi to niejako dodatkowy bonus dla czytelnika.

Ciekawa, dobrze napisana książka - polecam :)

******************************************

Monika Szwaja to jedna z moich ulubionych autorek i czytałam już prawie wszystkie jej książki. Wszystkie oprócz jednej, a mianowicie "Matki wszystkich lalek", która od dłuższego czasu czekała na mojej półce.
Akcja powieści toczy się dwutorowo, jej bohaterki dzieli wiele lat różnicy i różne doświadczenia życiowe. Jednak tak naprawdę obydwie mają ten sam problem - obydwie szukają własnej tożsamości... 

Elżbieta przyszła na świat w latach trzydziestych w Zagłębiu. W czasie wojny jej rodzice i dziadkowie odmówili podpisania niemieckiej listy narodowościowej skutkiem czego ojciec dziewczynki musi uciekać do Generalnej Guberni. Jedna z sąsiadek namawia matkę dziewczynki aby wysłać ją na wakacje na Pomorze. W czasie pobytu w Bad Polzin kierowniczka kolonii informuje Elżunię, że na jej dom spadła bomba i cała rodzina zginęła. Dziewczynka ma jednak szczęście, bo zostanie zaadoptowana przez niemiecką rodzinę.
Jedyną pamiątkę po rodzinnym domu stanowi lalka, którą dziewczynka dostała od taty... 

Matka Klary, drugiej pierwszoplanowej bohaterki, jest Polką (wyjechała z kraju w czasie stanu wojennego) a ojciec Francuzem. Rodzina mieszka na niewielkiej wyspie u wybrzeża Bretanii. Pewnego dnia rodzinny spokój burzy list z Polski. Nieznany Klarze mężczyzna pisze, że jest jej ojcem, ma przed sobą ledwie kilka miesięcy życia i chciałby się spotkać ze swoją córką. Klara decyduje się na wyjazd do Polski i ta decyzja wymusza na niej przewartościowanie dotychczasowego życia, zastanowienie się co zrobić z przyszłością i wreszcie odpowiedź na pytanie - kim ja właściwie jestem?

Jeśli ktoś zna pozostałe książki Moniki Szwai może się przy lekturze tego tomu poczuć nieco zaskoczony. Niewiele jest tu tak charakterystycznego dla autorki humoru słownego i sytuacyjnego, a sama książka jest poważna, a miejscami wręcz tragiczna. Na przykładzie Elżbiety autorka opowiada historię tysięcy polskich dzieci odebranych rodzicom, oddanych do adopcji Niemcom i wychowywanych w nienawiści do własnego narodu. Te dzieci, chociaż nie walczyły i nie ginęły w obozach, to również ofiary wojny...

Zdecydowanie warto przeczytać :)

*********************************************

Trzecia z książek to drugi tom "Podróży po miłość" Doroty Ponińskiej (O pierwszej części pisałam TUTAJ), który opowiada dzieje Marii, córki Emilii z Konarskich i jej tureckiego męża Zakira. 

Szczęście domowe Emilii i Zakira trwało zaledwie kilka lat. Turcja rozpoczyna wojnę z Rosją i Zakir rusza pod Sewastopol. Emilia postanawia jechać za nim - zostawia swojego małego synka pod opieką babki, rusza na Krym i zostaje pielęgniarką w szpitalu polowym. Ciężką pracę i obozowe niewygody rekompensuje jej możliwość spotkania się od czasu do czasu z Zakirem.
W czasie oblężenia Emilia przypadkiem poznaje wielkiego rosyjskiego malarza Iwana Ajwazowskiego, który (trochę grzecznościowo) zaprasza ją do swojego domu w Teodozji. Kilka miesięcy późnej los zmusza młodą kobietę do szukania gościny w domu malarza...
Mała Maria wychowuje się w wielonarodowościowej społeczności - Teodozję zamieszkują bowiem Rosjanie, Tatarzy, Ormianie i przedstawiciele innych narodów wchodzących w skład Imperium. Dziewczynka wykazuje zdolności plastyczne, więc Ajwazowski uczy ją rysunku i malarstwa jak również dba o jej rozwój intelektualny. 
Dziewczynka jest przekonana, ze jej ojciec był rosyjskim oficerem, który zginął pod Sewastopolem. Dla Emilii jest jednak jasne, że kiedyś musi powiedzieć jej prawdę...

Autorka po raz kolejny zaprasza nas w podróż w czasie i przestrzeni. Akcja powieści obejmuje okres od wojny krymskiej w 1853 roku do śmierci Ajwazowskiego w roku 1900. Razem z bohaterami książki podziwiamy Krym, wyjeżdżamy do Petersburga, Stambułu i Paryża. Maria poznaje wiele znakomitości swoich czasów, ogląda w Paryżu płótna impresjonistów i sama maluje obrazy inspirowane ich twórczością.
Ale Maria żyje nie tylko sztuką. Druga połowa XIX wieku to okres zmian obyczajowych oraz społecznych. Dziewczyna styka się z nowymi prądami i ideami, a w pewnej chwili musi dokonać wyboru pomiedzy uczuciem a przekonaniami.
O ile pierwsza część sagi, czyli "Emilia" była nieco baśniowa i czarodziejska, to "Maria" jest zdecydowanie bardziej emocjonalna, wręcz wybuchowa.
Powstaje w tym momencie pytanie - jaka jest "Lilianna", książka która serię zamyka...

Mam nadzieję, że uda mi się zdobyć w najbliższym czasie ową "Liliannę", a na razie zachęcam do lektury "Marii" :)



poniedziałek, 24 sierpnia 2015

To co najważniejsze - przyjaźń i marzenia

Jakie książki lubią czytać najmłodsi? Mój syn na tak postawione pytanie zawsze odpowiadał: "Takie, gdzie cały czas coś się dzieje. I jeszcze, żeby czary były...". (Te czary to chyba jakiś syndrom pokolenia Harrego Pottera, którego notabene uwielbiam, bo jakoś ze swojego dzieciństwa ich za bardzo nie kojarzę poza baśniami.) 
Wartka akcja i magia? Proszę bardzo - jedno i drugie znajdzie młody czytelnik w książce Marcina Pałasza "Wszystko zaczyna się od marzeń".

Asia ma siedem lat a Maciek jest od niej rok starszy. Razem z Tomkiem, kolegą Maćka z klasy tworzą zgraną paczkę przyjaciół, którzy są ze sobą na dobre i na złe. Kiedy ich poznajemy mają przed sobą trudne zadanie - Maciek założył się z chłopakami z klasy, ze wejdzie do starego opuszczonego domu. Budynek nie wygląda najlepiej, nie ma co ukrywać - budzi w dzieciach obawę, ale zakład to zakład.
Kiedy dzieci weszły do domu zaczęły szukać jakiegoś niezwykłego przedmiotu, który pomógłby im udowodnić, że faktycznie byli w środku. Ponieważ w pokojach nie było nic poza śmieciami udali się na strych i tam znaleźli jakiś dziwny zegar, który przy bliższych oględzinach okazał się być... A nie, tego już nie powiem - kto ciekawy, tego zapraszam do lektury.

"Wszystko zaczyna się od marzeń" to cztery osobne historie połączone osobami bohaterów. Asia i Michał to zwykłe dzieciaki, które od czasu do czasu muszą stawić czoła niezwykłym problemom. I niezależnie czy jest to znajomość z młodym diabełkiem czy przeciwstawienie się koleżance, która znęca się nad niepełnosprawną dziewczynką starają się znaleźć najlepsze wyjście z sytuacji. Asia i Maciek udowadniają, że przyjaźń i marzenia to coś bardzo ważnego, może nawet najważniejszego w życiu kilkuletniego człowieka.
 Przyjaciel pomoże, pocieszy, będzie wsparciem w trudnych chwilach, czasem wystarczy tylko świadomość, że on jest i już człowiekowi robi się lepiej. 
A marzenia? Bez nich świat byłby szary i nudny. Tylko ktoś kto potrafi marzyć bedzie widział świat w radosnych barwach.

Mogłoby się wydawać, ze książeczka, której bohaterowie postępują dobrze, czasem wręcz wzorowo będzie nudna i przeładowana dydaktyzmem. Nic bardziej mylnego - dzieciaki są bardzo sympatyczne, a autor ustrzegł się przed moralizatorstwem, chociaż myślące dziecko powinno wyciągnąć po lekturze odpowiednie wnioski. Moje w każdym razie wyciągnęło...


czwartek, 20 sierpnia 2015

Kolejna odsłona historii "Niepokornych"

Tydzień temu pisałam o pierwszym tomie cyklu "Niepokorne" Agnieszki Wojdowicz, a dzisiaj przyszedł czas na kolejną odsłonę tej serii.

Klara Stojnowska pochodzi z inteligenckiej rodziny (ojciec jest profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego), trochę studiowała za granicą a po powrocie uczęszczała na kurs literatury do tzw. Baraneum (Wyższe Kursy dla Kobiet, których twórcą był Adrian Baraniecki). Młoda kobieta ma bardzo radykalne poglądy na tle których wciąż dochodzi do kłótni pomiędzy nią a jej ojcem, skutkiem czego Klara wyprowadza sie z domu i postanawia sama na siebie pracować. Daje wiec lekcje niemieckiego, zajmuje się tłumaczeniami, a w końcu rozpoczyna karierę dziennikarską. Jednym z pierwszych zadań jakie stawia przed nią redakcja pisma z którym współpracuje jest artykuł na temat strajku pracownic fabryki cygar. W czasie zbierania materiałów Klara poznaje inżyniera Jerzego Platera. Przypadkowa znajomość zaczyna przeradzać się w głębszą relację, jednak w życiu Jerzego jest jakaś tajemnica.

Eliza Pohorecka,bohaterka pierwszej części "Niepokornych", była osobą zrównoważoną, taktowną i, pomimo nowoczesnych poglądów, starała się nie urazić o ile to możliwe, swoich najbliższych. Tymczasem Klara stanowi jej zupełne przeciwieństwo - żywiołowa, wybuchowa, działa pod wpływem impulsu, a kiedy wydaje jej się, że ma rację nie zważa na nikogo i na nic: wygłasza wywrotowe poglądy w czasie proszonego obiadu, publicznie obraża ojca i matkę, wplątuje się w przedsięwzięcia niezgodne z prawem. I, pomimo że wiele życzliwych osób usiłuje wytłumaczyć Klarze, że takim postępowaniem najczęściej szkodzi głoszonym przez siebie ideom, nie zmienia swoich zwyczajów. Co więcej, jej poglądy jeszcze się radykalizują, do tego stopnia, że rodzina zaczyna isę obawiać, czy dziewczyna nie przystała aby do socjalistów...

Podobnie jak w pierwszym tomie poświęca autorka sporo miejsca trzeciej z dziewcząt, a mianowicie Judycie Schraiber, która po serii tragicznych wydarzeń postanawia opuścić Kraków. Udaje się do Wiednia, gdzie jej znajoma prowadzi salon krawiecki - Judyta potrafi robić batiki, a ten rodzaj zdobienia tkanin staje się coraz modniejszy, wiec młoda kobieta będzie miała z czego żyć w obcym mieście. Zgorzkniała, zamknięta w sobie, nie potrafi się do końca uwolnić od demonów przeszłości. Czy zmiana otoczenia pomoże Judycie uporać się z własnymi problemami. I czy będzie potrafiła zaufać mężczyźnie, który pojawi się w jej życiu?

Mam nadzieję, że nie będzie wielką zbrodnią, jeżeli powiem, ze ten tom nie konczy prawie żadnego wątku (no może oprócz osobistych spraw Elizy, ale o niej jest tu akurat bardzo niewiele), a dokłada jeszcze kilka nowych. Tak więc na ostateczne rozwiązanie problemów Klary i Judyty muszę poczekać jeszcze rok, kiedy w moje ręce dostanę "Judytę", ostatnią odsłonę dziejów "Niepokornych".

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Wakacyjne podróże: Paryż z Gabrysią Bzik i Nilsem Makówką

Pamiętacie Gabrysię Bzik i Nilsa Makówkę? Pisałam o nich na początku tego roku (TUTAJ), a dzisiaj chciałabym zaproponować lekturę kolejnego tomiku ich przygód.

Poprzednim razem dzieciaki podróżowały w czasie i wylądowały w domu pani Burnett, autorki m.in, "Tajemniczego ogrodu". Okazało się, że podróże w czasie i przestrzeni może i są ekscytujące, jednak mają wpływ na wydolność organizmu,więc większość wakacji spędzili na dochodzeniu do siebie po ostatnich wydarzeniach. Kiedy wreszcie rodzice uznali, że z dziećmi wszystko w porządku, Nils mógł odwiedzić Gabrysię. I cóż... Można zaryzykować tezę, że jeśli Bzik i Makówka pobędą przez pół godziny bez nadzoru dorosłych z pewnością wpakują się w jakąś kabałę...

Początkowo wszystko wyglądało niewinnie. W radiu ogłoszono konkurs, Gabrysia znała odpowiedź, zadzwoniła i... wygrała dwa bilety do Muzeum Sztuki Współczesnej, gdzie odbywała się właśnie wystawa, której bohaterem był Salvatore Dali i surrealiści. Jednym z eksponatów, który zwrócił uwagę dzieci był telefon-homar. I tu przestało byc normalnie. Telefon zadzwonił, pomimo, że nie był podłączony, a kiedy podnieśli słuchawkę odezwał się ktoś mówiący po hiszpańsku. Przedstawił się jako Salvatore Dali, twierdził, że dzwoni z Paryża, gdzie aktualnie jest rok 1929. Aby udowodnić, że mówi prawdę umówił się z dziećmi, że ukryje dla nich coś na Wyspie Łabędzia. Co robią Bzik i Makówka? to chyba jasne - planują wyjazd do Paryża...

Rafał Witek serwuje swoim czytelnikom kolejną zwariowaną przygodę, która przy okazji może czegoś nauczyć. W tekst zgrabnie wpleciono informacje o surrealizmie jako kierunku w sztuce oraz o jego najwybitniejszym przedstawicielu. 
Oprócz tego poruszony jest (aczkolwiek bardzo pobieżnie) temat niewolniczej pracy dzieci w krajach azjatyckich oraz możliwe sposoby zapobiegania temu procederowi. Ponieważ książeczka przeznaczona jest dla dzieci, to siłą rzeczy autor powstrzymał się od drastycznych szczegółów, ale rodzice powinni być przygotowani, że mogą paść pytania dotyczące tego tematu.

Po raz kolejny muszę pochwalić ilustracje autorstwa Magdy Wosik. Podobnie jak w poprzednich tomach świetnie uzupełniają tekst, są zabawne, a przy okazji nawiązują do technik plastycznych stosowanych przez surrealistów (np. kolaż).

Jeśli macie w domu młodego człowieka w wieku około 10 lat, to ta książka powinna mu przypaść do gustu.
A tym, którzy już znają i lubią Gabrysię i Nilsa na pewno miło będzie usłyszeć, że w przygotowaniu jest kolejny tom ich przygód noszący wiele mówiący tytuł "Maliny zza żelaznej kurtyny". 


A na koniec dzieło wielkiego Salvatore, od którego zaczęła się cała przygoda:


niedziela, 16 sierpnia 2015

Wakacyjne podróże: Paryż z Davidem Lebovitzem

Paryż... Miasto artystów i zakochanych, stolica mody i elegancji, marzenie i cel najważniejszej podróży życia dla wielu osób, miasto światła, stolica świata. Zachwycając się paryskimi zabytkami, chłonąc artystyczną atmosferę galerii i muzeów, podziwiając paryskie domy mody zapominamy czasem o jeszcze jednym, niezwykle ważnym symbolu tego miasta, a mianowicie o jego kuchni. Tymczasem również w tym aspekcie życia Francuzi w ogólności, a paryżanie w szczególności są prawdziwymi mistrzami.

David Lebovitz jest Amerykaninem, przez kilkanaście lat pracował w jednej z najlepszych restauracji w San Francisco w dziale wypieków i napisał kilka książek w których zawarł swoje autorskie receptury ciast i deserów. Osobista tragedia spowodowała, ze postanowił opuścić swój kraj i przenieść się do Europy - wybór padł na Paryż. Tak więc spakował swoje amerykańskie gospodarstwo i wyruszył w podróż. Początki na francuskiej ziemi nie należały do najłatwiejszych: wynajęte mieszkanie okazało się nie do końca zgodne z tym co obiecywał pośrednik, trzeba je było wyremontować (tu dygresja - czytając o perypetiach Davida z malarzem miałam przed oczyma cały czas sceny z filmów Barei...) a następnie jakoś upchnąć w nim wszystkie potrzebne sprzęty, szczególnie utensylia kuchenne. Jeszcze więcej trudności sprawiło przystosowanie się do paryskiego stylu życia, tak różnego od standardów amerykańskich. Potyczki z rozmaitymi nonsensami paryskiego bytowania nie zniechęciły jednak Davida, który z ogromnym poczuciem humoru opisał swoje zmagania z francuską rzeczywistością w książce "Słodkie życie w Paryżu". 

Książka może stanowić coś na wzór przewodnika dla każdego, kto chciałby zamieszkać w stolicy Francji. Dowiemy się z niej np. dlaczego nie warto składać reklamacji w sklepach, czemu trzeba się dobrze zastanowić zanim wypijemy na mieście butelkę wody, jak zachowywać się w czasie degustacji serów, co należy włożyć na siebie planując wyniesienie resztek do śmietnika i jeszcze wielu innych rzeczy, które mogą wydawać się absurdalne, ale zdecydowanie ułatwiają życie w Paryżu.

Jednak tym, co w tej książce jest najważniejsze są receptury 50 dań francuskiej kuchni. Owe dania to głównie ciasta, ciastka i inne słodycze, aczkolwiek wielbiciele "konkretów na talerzu" znajdą tu smakowite przepisy na żeberka wieprzowe, kurczaka w sosie czy indyka. 
Chociaż są to, jak wspomniałam, dania francuskie, to w wielu wypadkach autor trochę je zamerykanizował. Cóż, niektóre produkty są niedostępne w Stanach Zjednoczonych, więc na użytek swoich rodaków David proponuje zamienniki, które może zmienią nieco oryginalny smak, ale mają tę dobrą stronę, że można je kupić niemal wszędzie.

Przepisy zawarte w tej książce mają jeszcze tę zaletę, że są bardzo szczegółowe, więc nawet osoba niespecjalnie uzdolniona kulinarnie powinna sobie z nimi poradzić.Co ważne, zdecydowana większość z nich nie wymaga jakiegoś wymyślnego sprzętu, więc można je przygotować właściwie w każdej, nawet najmniejszej kuchni.

"Słodkie życie w Paryżu" to wspaniała lektura dla wielbicieli kulinariów, ale również dla osób lubiących literackie podróże, poznawanie nowych kultur i mających poczucie humoru. A jeśli ktoś łączy w sobie wszystkie te cechy, to jest idealnym czytelnikiem dla tej pozycji.

sobota, 15 sierpnia 2015

Wakacyjne podróże: Paryż, Mazury i Bałtyk z Longinem

Pamiętacie Longina? Trochę ponad pół roku temu pisałam o pierwszej książce na jego temat, a oto dwa dni temu swoją premierę miał drugi tomik jego przygód.

Tytułem przypomnienia - Longin tak naprawdę ma na imię Marcin, mieszka w Warszawie, ma prawie 13 lat a pseudonim zawdzięcza swojemu ponadprzeciętnemu wzrostowi. Autorem książek na jego temat jest znany dziennikarz telewizyjny Marcin Prokop - zbieżność imion nie jest przypadkowa...
W poprzednim tomiku Longin opowiadał o swoim rodzinnym domu, przyjaciołach (widzialnych i niewidzialnych) oraz o życiu codziennym w latach 80-tych ubiegłego wieku. Tym razem tematem książeczki są pewne szczególne wakacje. Dlaczego szczególne? Otóż Longin z rodziną wyjeżdża za granicę. I to od razu do Paryża.

W dzisiejszych czasach to żadne cudo - wystarczy mieć dokument tożsamości i pieniądze na bilet, ale te trzydzieści lat temu... Po pierwsze trzeba było mieć zaproszenie od kogoś, kto tam mieszkał, następnie trzeba było uzyskać paszport (były takie czasy, że paszportu nie trzymało się w domu i kiedy chciało się wyjechać trzeba było prosić o jego wydanie), wreszcie trzeba było dostać wizę. Na szczęście ojcu Longina udało się załatwić wszystkie formalności i rodzina mogła się udać w podróż. Pierwszy szok kulturowy chłopiec przeżył na niemieckiej stacji benzynowej, gdzie ze wszystkich stron otoczyło go bogactwo różnorodnych słodyczy w kolorowych opakowaniach - ponieważ nie miał kasy to chociaż zdjęcia sobie na pamiątkę zrobił... A później? Zderzenie z zachodnim stylem życia, problemy z dostosowaniem się do francuskiej kuchni, zwiedzanie najsłynniejszych paryskich zabytków i muzeów... No z tym ostatnim to też różnie bywało - Longin nie zawsze zachowywał się jak świadomy odbiorca kultury wysokiej. I może jeszcze dzisiaj zwiedzając Wieżę Eiffla ktoś znajdzie ślady jego bytności w tym miejscu?

Paryska przygoda trwała dwa tygodnie, a przecież wakacje mają dwa miesiące - pozostały czas Longin spędził na Mazurach pod opieką wujka i babci (gdzie wykazał się niezwykłą smykałką do interesów), oraz na koloniach nad morzem. Szczególnie te ostatnie wywołały we mnie masę wspomnień - brak wygód, spanie w namiotach, codzienne apele, służba w kuchni, mycie na świeżym powietrzu... Dla dzisiejszych nastolatków uskarżających się na fatalne warunki wypoczynku, bo na dwie godziny zniknął internet, takie kolonie zalatują wręcz horrorem. A myśmy się na takich wyjazdach (ja raczej jeździłam na obozy harcerskie, ale standard był podobny) cudownie bawili. 

Marcin Prokop jest człowiekiem obdarzonym wyjątkowym poczuciem humoru, więc jego książeczkę czyta się z ogromną przyjemnością. "Longin. Tu byłem" skrzy się dowcipem, chłopiec ma zwariowane, czasem nie do końca bezpieczne, pomysły i bywa też złośliwy, szczególnie jeśli ktoś go sprowokuje. Nie wszystkie postępki Longina przyczyniają mu chwały, ale w końcu nie wymagajmy zbyt wiele od nastolatka.

Na końcu książeczki znajduje się słowniczek, w którym zebrane są wyrażenia nie znane współczesnym dzieciakom. Bo które z nich wie kim był "smutny pan w okularach", co to takiego "Tygrysy" czy kręconka (w moich stronach nie wiedzieć czemu nazywana szczurem) oraz jaki zachodzi związek pomiędzy kasetą magnetofonową a ołówkiem? Te i wiele jeszcze innych ciekawostek ze schyłkowego PRL-u znajdzie czytelnik w tym właśnie słowniczku.

Podobnie jak w przypadku pierwszej książeczki o Longinie uważam, że chociaż skierowana jest ona do dzieciaków, to najwięcej przyjemności z jej lektury będziemy mieć my - dorośli, których dzieciństwo przypadało na lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte ubiegłego wieku.

czwartek, 13 sierpnia 2015

Wakacyjne podróże:dziewiętnastowieczny Kraków z Elizą, Klarą i Judytą

Od czasu do czasu obserwuje w swoich lekturach coś, co nazywam "prawem serii". Polega to na tym, że zupełnie przypadkowo, w niewielkich odstępach czasu, trafiają w moje ręce książki, które, chociaż pisane przez różne osoby, łączą się ze sobą tematyką. Tak się stało i tym razem -  kilkanaście dni temu pisałam tu o "Tajemnicy domu Helclów", książce, której akcja toczy się w Krakowie pod koniec XIX wieku, a dzisiaj będzie o pierwszym tomie cyklu "Niepokorne" noszącym tytuł "Eliza".,którego autorka, Agnieszka Wojdowicz, również zaprasza nas w to samo miejsce i czas...

Niepokornych jest trzy - Eliza, Klara i Judyta. Pochodzą z różnych środowisk, różni je religia, wychowanie, poglądy na wiele kwestii, ale jedno je łączy - chcą być samodzielne, chcą się kształcić i same kierować własnym życiem. I, pomimo że nie jest im łatwo dążą do wytyczonego celu.

Eliza Pohorecka, bohaterka pierwszego tomu "Niepokornych" przyszła na świat w Otwocku, chociaż jej rodzina związana była z Galicją - jej dziadek Konstanty Pohorecki miał majątek nieopodal Tarnowa. Niestety w czasie rabacji został zamordowany, a jego żona z maleńkim synkiem ledwie uszła z życiem. 
Elżbieta Pohorecka, wyjechała do Warszawy i tam ułożyła sobie życie, jednak to co stało się zimą 1846 roku miało wpływ na całe jej życie. Szczególną nienawiścią darzyła Austriaków, uważając, dość zresztą słusznie, że to oni ponoszą największą winę za wymordowanie dużej części galicyjskiego ziemiaństwa.
Teraz, po blisko pięćdziesięciu latach jej najstarsza wnuczka wyjeżdża do Krakowa studiować farmację. Nie są to może studia jej marzeń - zresztą nie jest nawet pełnoprawna studentką, a zaledwie hospitantką (może uczestniczyć w zajęciach tylko za zgodą prowadzącego, nie musi zdawać egzaminów i nie otrzyma dyplomu), ale na wyjazd do Europy zachodniej po prostu jej nie stać.
W czasie podróży w pociągu dochodzi do zabójstwa, a Eliza jest jedyna osobą, która widziała mordercę. Śledztwo prowadzi żandarmeria wojskowa, której przedstawiciel, niejaki Anton von Wiebracht zwraca na siebie uwagę Elizy. Zainteresowanie jest obustronne, niestety, biorąc pod uwagę rodzinne uprzedzenia, bliższa znajomość z Austriakiem nie wydaje się możliwa...

Agnieszka Wojdowicz przedstawia w swojej ksiązce Kraków końca XIX wieku, w którym Polacy mają wiele swobód narodowych, gdzie w szkołach i urzędach mówi się po polsku, działają polskie teatry, tworzą artyści, którzy w innych zaborach mieliby kłopoty  cenzurą, a premierem austro-węgierskiego rządu jest Polak - Kazimierz Badeni. Wydawać by się mogło, że Kraków to wymarzone miejsce do nauki dla Polki z Kongresówki. Niestety ówczesny krakowski świat naukowy jest ostoją konserwatyzmu, który szczególnie ujawnia się, kiedy idzie o prawa kobiet... I co z tego, że na zachodzie już od wielu lat kobiety mogą studiować właściwie na każdym wydziale? Duża część profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego jest przeciwna dopuszczaniu kobiet do studiowania, nawet w tak ograniczonym zakresie jak w przypadku Elizy. Pierwsze polskie studentki nie miały łatwo - musiały przełamywać moc uprzedzeń i niemal na każdym kroku udowadniać, że nie są gorsze od swoich kolegów.

Chociaż to Eliza jest postacią pierwszoplanową, to dowiadujemy się też sporo o dwóch pozostałych dziewczętach. Klara Stojnowska jest córką profesora UJ, trochę studiowała w Niemczech, ale z powodów zdrowotnych musiała wrócić do kraju. Klara jest ciągle skłócona ze swoim ojcem, dochodzi nawet do tego, że opuszcza rodzinny dom i wynajmuje samodzielnie mieszkanie - rzecz w tamtym okresie raczej rzadko spotykana. Dziewczyna jest bardzo radykalna w swoich poglądach na temat emancypacji kobiet, co tylko zaognia jej i tak trudną sytuację rodzinną.
Trzecią niepokorną jest Judyta Schraiber, Żydówka, która marzy o tym aby rozwijać swój talent malarski. Judyta nie chce się poddać tradycji, odmawia wyjścia za mąż za swatanego jej mężczyznę i ucieka z domu. Jest zakochana w pewnym malarzu, a kiedy okazuje ię, że jej ukochany nie traktował ich znajomości poważnie zrozpaczona Judyta próbuje popełnić samobójstwo. Cudem uratowana trafia do jednego z krakowskich domów zakonnych, gdzie będzie miała okazję przemyśleć swoje życie i podjąć kilka ważnych decyzji...

Po lekturze pierwszego tomu cyklu "Niepokorne" muszę przyznać, że autorka zadbała o realia historyczne, oprócz  bohaterów fikcyjnych pojawiły się tu również postacie historyczne, dowiadujemy się sporo o życiu codziennym miasta, zajęciach i rozrywkach jego mieszkańców, o kulturze i zwyczajach społeczności żydowskiej oraz o życiu krakowskiej bohemy.

Agnieszka Wojdowicz stworzyła ciekawą, wciągającą historię. Przyznam się, że za mną już większość drugiego tomu cyklu, którego główną bohaterką jest Klara Stojnowska. I tylko szkoda, że na zakończenie historii "niepokornych, czyli na "Judytę" będzie trzeba poczekać do przyszłego roku...